03:56

Jeśli Taco jest w Trójmieście, wiedz, że będzie padać, teatr i inne niespodzianki – Open’er dzień 4.

Dzień czwarty, czyli wielki-mały finał tegorocznego festiwalowania. Pogoda wciąż nie rozpieszczała, ale przecież mogło być gorzej.




Nie spodziewałabym się, że kiedykolwiek będę na terenie Open’era tak wcześnie (nocuję w domu, a dotarcie do Babich Dołów zajmuje mi średnio dwie godziny). Byłam na miejscu po 9, śmiesznie się jedzie prawie pustym autobusem, dziwnie patrzy się na pustą drogę w stronę sceny. Niektórzy składali już namioty, większość odsypiała, w oddali The XX miało próbę dźwięku, a pierwsi miłośnicy sztuki gromadzili się już pod teatralnym namiotem. Bo to właśnie do teatru zmierzałam.

Tym razem miała być to długa, prawie czterogodzinna sztuka, znów Teatr Nowy, ale tym razem z bardzo znaną obsadą  –  Stuhr, Ostaszewska, Chyra, Cielecka... plejada gwiazd. Żal nie skorzystać.

Czy było warto tak się poświęcać, żeby zobaczyć (A)pollonię Krzysztofa Warlikowskiego? Powiem szczerze – nie wiem. Z jednej strony treść mocno wchodziła w głowę, bo myślałam o niektórych scenach jeszcze przez wiele dni. Z drugiej strony, kiedy w grę wchodzą tematy takie jak wojna, poświęcanie się dla innych czy inne trudne sprawy, to granie na emocjach i celowe wjeżdżanie na psychikę odbiorców, jest moim zdaniem trochę pójściem na łatwiznę. Ta sztuka opierała się właśnie na takim osaczaniu odbiorców. W momencie samego oglądania tego nie czułam, ale po spektaklu o wiele bardziej – sceny wracały do mnie, co jakiś czas, szczególnie chyba hasło, że jedzenie mięsa jest jak Holocaust... Trzecia kwestia, nie wiem, czy to dlatego, że obsada była popularna, czy nie aktorzy nie grali tak dobrze, jakby mogli, tak czy inaczej, nie przekonali mnie. Nie mogłam zobaczyć w nich postaci, cały czas patrzyłam na osoby odgrywające role. Strasznie szkoda. Sama konwencja była ciekawa, scenografia nietypowo rozwiązana i przyciągająca uwagę. Pełno dobrych pomysłów, ale chyba troszkę za dużo wszystkiego na raz, niektóre sceny przeciągnięte... Natłok pomysłów mnie przytłoczył, nie tylko treść. Nie mogę powiedzieć, że żałuję, ale nie powiem też, że polecam. To nie to samo, ale spektakl można zobaczyć na stronie Ninateki, więc jeśli jesteście ciekawi, możecie obejrzeć. Ja może za jakiś czas skonfrontuje swoje wrażenia z nagraną wersją spektaklu.

Żeby ochłonąć po teatralnych przeżyciach, poszłam na spacer po wciąż świecącym pustkami festiwalowym miasteczku. Jak tu pięknie, jak spokojnie, szkoda tylko, że ciągle pada. Po pożywnym makaronie ze szpinakiem i spotkaniu braciszka pora na koncerty.

Chyba mamy dosyć.

Kolejne spotkanie z Krzysztofem Zalewskim. Oprócz tego, że grał gościnnie na kilku open’erowych koncertach, widziałam jego występ parę dobrych lat temu w ówczesnej sopockiej Papryce. Supportował wtedy Muchy (z którymi też grywał) i całkiem dobrze to wspominam. Teraz Zalewski ma na koncie trzy albumy, mnóstwo zagranych koncertów, wiele innych muzycznych i życiowych doświadczeń, co widać – jest świadomym artystą, wie, co robi, dobrze się na to patrzy. Dla mnie jednak najlepszym momentem koncertu okazał się duet z Pauliną Przybysz, bo utworu Brain Rity Pax się nie spodziewałam, a bardzo go lubię. Zastanawiałam się, czy jestem jedyną osobą na koncercie, która śpiewa i ekscytuje się tą piosenką.




Dalej namiot i Julia Pietrucha. Milusia, ciepła atmosfera, urocza Julka i ukulele. Pewnie to określenie nie pasuje do koncertu, ale było tak... przytulnie. A Pietrucha na żywo wydaje się bardzo pozytywną i sympatyczną osobą, plus (a może przede wszystkim) dobrym muzykiem.

Dalej George Ezra. Przyznam, że nie znałam człowieka, ale pozytywnie odebrałam. Sympatyczny Brytyjczyk z gitarą, grający niezobowiązującą lekką muzyczkę. Troszkę nabijaliśmy się z braciszkiem z niektórych fragmentów tekstów, ale wyłącznie z sympatii. No i musieliśmy podtrzymywać dobrą atmosferę, bo pogoda ewidentnie chciała nam zepsuć humory.



Pora na Taco. Nie pamiętam, czy już kiedyś o tym pisałam, ale kiedy Taco jest w Trójmieście, zawsze pada. Naprawdę. Nie wiem, o co chodzi, ale być może dlatego, że na Open’era przyjechał jako uczestnik, pogoda była taka beznadziejna (#niezapomnimy).

Czas na anegdotkę. W SKM po drugim dniu festiwalu jechaliśmy z grupką fanek Taco. Tych fanek mojego ulubionego rodzaju albo po prostu tych, które chciały za takie uchodzić. Co minutę powtarzały, że spotykały się z nim na terenie festiwalu. Nie chciał, co prawda, zrobić z nimi selfie, bo był tam prywatnie, ale ostatecznie im uległ. Tu cytat Przecież łaski nie robi, że zrobił sobie ze mną zdjęcie. Cóż... Możemy dyskutować, kto sobie z kim zrobił zdjęcie (huehue), ale, serio? Rolą muzyka, jest – jak sama nazwa wskazuje – muzyka, a to czy zgodzi się na zdjęcie, autograf czy cokolwiek jest wyłącznie jego dobrą wolą. Laski piały całą drogę (a było to jakoś między 3 a 4), więc sami rozumiecie, że byłam zachwycona współpasażerkami, próbującymi ożywić całą załogę SKM-ki. Never again.

Co do koncertu – jak na Taco, okazał się zaskakująco optymistyczny. Jakaś taka niemalże wesoła atmosfera, radosny Filip, ogarnięta publiczność i brak piszczących fanek w moim najbliższym otoczeniu (!). Pełna kulturka. Mimo laptopa zalanego przez deszcz, koncert bardzo udany. W tym miejscu chciałabym pozdrowić dwie osoby. Po pierwsze – dziewczynę stojącą przed nami, która zapytała, czy nie może przy nas zapalić (oklaski dla tej Pani, z tym się jeszcze na koncertach nie spotkałam). Drugą osobą jest świetny ochroniarz, który, chociaż musiał stać tyłem do sceny, świetnie się bawił – śpiewał, bujał się, a na koniec przebiegł po wybiegu, przybijając wszystkim piąteczki. Super. Taco, zapowiedział nową płytę, która kiedy to czytacie, jest już dostępna. Cieszę się, że koncert odbył się przed jej wydaniem, bo zawartość Szprycera (delikatnie ujmując) rozczarowała mnie. Ale o tym innym razem.



Ostatnia festiwalowo-jedzeniowa przerwa i The XX. Prawie pojechałam na ich koncert rok temu, ale jak widać, co się odwlecze... Obawiałam się, że koncert mnie rozczaruje, ale pozytywnie mnie zaskoczył. Przyzwyczaiłam się już do ostatniej płyty grupy i chociaż wciąż moją faworytką jest ta debiutancka, w moim odczuciu wszystkie utwory na koncercie zabrzmiały dobrze i świeżo. Lekko imprezowy klimat nie odebrał im nastrojowości. Szkoda tylko, że grali tylko godzinę.




Co by tu zrobić, czyli koncert Kevina Morby. Czasem naprawdę lepiej nie wiedzieć nic i bez uprzedzeń i oczekiwań, po prostu pójść i posłuchać muzyki. Bardzo polecam. Nie potrafię napisać nic konkretnego o tym występie, oprócz tego, że miał w sobie niepowtarzalny klimat. Było magicznie, no (pogrążając się w coraz bardziej kolokwialnych określeniach...).

I na wielki finał Lorde. Wiem, że wiele osób uważa ją za niezwykłe zjawisko, głos pokolenia i inne takie, ale nie do końca to rozumiem. Jej twórczość jest w moim odbiorze przyjemna, to wszystko. Myślałam, że koncert pozwoli mi zrozumieć fenomen wokalistki. Niezły występ, ale szczerze mówiąc najbardziej w głowie utkwił mi jej charakterystyczny sposób mówienia, co chyba nie jest najlepszą rekomendacją. Finał bez fajerwerków.

Mimo wszystko czwarty dzień był chyba najlepszy, bo każdy z widzianych przez nas koncertów, był dobry. Może trochę brakowało wielkich emocji (jak przy Foo Fighters na przykład), ale to naprawdę ciężko byłoby pobić.



Zbliżając się do końca – to naprawdę udana edycja Open’era. Fakt festiwal się zmienia, zmieniają się odbiorcy, ale mimo tego, że organizatorzy wciąż wzbogacają go o nowe atrakcje, muzyka jest była i będzie na pierwszym miejscu. Oferta koncertowa, chociaż odrobinę mniejsza niż w poprzednich latach, nadal jest na tyle urozmaicona, że (prawie) każdy znajdzie coś dla siebie.

Co więcej, mogę Wam napisać... Jeździjcie na koncerty. Koncerty są super.


Więcej wpisów o Open'erze: dzień pierwszydzień drugi i dzień trzeci.



Zostań ze mną na dłużej :)

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Copyright © 2016 Skrzypek z poddasza , Blogger