22:26

MUZYCZNY 2018


Oj… Długo odkładałam to podsumowanie, bardzo długo. Doskonale wiem dlaczego – muzyczny 2018 był dla mnie specyficznym rokiem. Jeśli chodzi o nowości studyjne – nic nie wbiło mnie w ziemię i nic nie dało mi pełnej satysfakcji. Koncertowo natomiast – klęska urodzaju! W życiu nie przeżyłam tyle koncertowo dobrego i podejrzewam, że długo nie przeżyję.

Chociaż żadna płyta studyjna nie zmieniła mojego świata w stopniu wystarczającym, kilka wyróżnień się należy.




MUZYKA POLSKA

Grupa Tune – chociaż śledzę ich drogę od lat, to właśnie w 2018 Tune w moim życiu było najwięcej. Jest to muzyka mocno emocjonalna i alternatywna, określana często jako art rock i rock progresywny. Ale nie ma co gadać, trzeba posłuchać. A ja wciąż czekam na ich koncert, na który w końcu udałoby mi się dotrzeć.

Bitamina – grupa, której muzyki ni cholery nie potrafię konkretnie zaklasyfikować. Są specyficzni, są charakterystyczni. Długo nie wiedziałam, czy podoba mi się to, co słyszę, ale ostatecznie uzależniłam się od ich muzyki.

Z zespołem Tęskno jeszcze się w pełni nie osłuchałam, ale od pierwszego usłyszenia mocno mnie zaintrygował i oczarował.

MUZYKA ZAGRANICZNA

Sporo przewijało się w moim życiu stoner rocka, pewnie przy okazji koncertu Queens of the Stone Age – było więc ze mną dużo twórczości tego zespołu i – siłą rzeczy – grupy Kyuss. Pojawiły się też grupy Dozer i Stoned Jesus, które były miłym urozmaiceniem mojej muzycznej diety.


Kolejka na koncert QOTSA. Ja wolałam posiedzieć (:

Greta van Fleet – zespół, który jedni przeklinają, inni wychwalają pod niebiosa. Ja nie popadałabym w takie skrajności, ale! Jestem zdecydowanie w gronie zwolenników, bo choć oczywiście trudno nie myśleć o Led Zeppelin, kiedy się ich słucha, to jednak uważam, że taka muzyka wciąż jest bardzo potrzebna i super, że ktoś zdecydował się ją kontynuować. Poza tym – bracia Kiszka wciąż są na początku swojej muzycznej przygody i mam nadzieję, że wiele dobrego nam jeszcze zaserwują.

Grupa The Pineapple Thief – znów progresywnie, znów art rockowo. Muzyka tego zespołu ciągle gdzieś mnie napadała, stąd jego obecność tutaj.

M.I.A. – czuję, że tak naprawdę dopiero teraz odkryłam tę artystkę. Chcę ją poznawać lepiej i bardziej i… serio. To jedna z najciekawszych artystek współczesnych, nie tylko jako wokalistka. Przy okazji (bo każda okazja jest dobra) polecam film, o którym opowiadam w poniższym filmiku.



Na koniec tej części dorzucę jeszcze oba soundtracki z serii gier Life is Strange. Ten drugi skomponowała grupa Daughter. To klimatyczne, spokojne i bardzo emocjonalne utwory doskonale oddające atmosferę gry. Polecam! Ale najpierw gra ;)


KONCERTY, KONCERTY, KONCERTY

Koncerty od wielu lat są moją najważniejszą aktywnością kulturalną, czasem myślę, że najważniejszą aktywnością życiową (co bywa trochę przerażające). Na początku 2018 roku zupełnie nie spodziewałam się, że czeka mnie ich aż tyle i to aż tyle dobrych. Wtedy planowałam tylko wypad do Warszawy na koncert QOTSA. Tkwiłam w głębokiej nieświadomości i dobrze, bo niespodziankom koncertowym nie było końca.

Zaczęło się od niesamowitego występu Ralpha Kamińskiego w Starym Maneżu. Ach, co to był za koncert! Jeden z najlepszych w życiu, jeśli chodzi o polskich artystów, serio. Będzie wpis wspominkowy, bo wciąż gnije na moim dysku.

Kolejnym, bardzo spontanicznym koncertowym przeżyciem był występ muzyków z grupy Studio Accantus w Filharmonii Bałtyckiej. Coś, co każdy miłośnik musicali zobaczyć powinien. Wpis również czeka i się kurzy.


Czy to raj...?

Wspomniany wcześniej koncert Queens of the Stone Age na warszawskim Torwarze. Był to zdecydowanie najlepszy dzień pierwszej połowy roku, chociaż spędziłam go sama. A może właśnie dlatego. Muzycy przeszli samych siebie, a koncert zapamiętam o wiele lepiej niż ten sprzed kilku lat, na którym byłam. Teraz marzę o wspólnej trasie koncertowej QOTSA i Foo Fighters. Oj… tak!

Mimo bardzo mocnego Line-up’u Open’er 2018 był dla mnie sporym rozczarowaniem. Może dlatego, że był zdecydowanie przeludniony. Kiedy stoisz pół godziny w kolejce do Toi-Toia wiedz, że coś się dzieje.

Muzycznie niewiele występów przejdzie do mojej osobistej historii, może w tym tkwi największy problem. No i w braku odpowiedniej atmosfery, bo tej, ni cholery, nie potrafiłam poczuć.

Headlinerów z dnia pierwszego widziałam już wcześniej – Arctic Monkeys dali radę, choć zdecydowanie wolę Alexa Turnera z The Last Shadow Puppets. Mam wrażenie, że tam jest bardziej sobą. Nick Cave i jego złe ziarna moim zdaniem powinni grać w bardziej kameralnych okolicznościach, bo tutaj jakoś mi nie pasują. Noela Gallaghera też już widziałam – zaskoczeń więc brak. Moim ulubionym akcentem dnia był koncert Dead Cross – totalnie nieopenerowy, ciężki i pełen humoru. No i Patton. Ach… W tamtym momencie poczułam, że z Open’era powinnam się przenieść na zdecydowanie cięższą imprezę, żeby poczuć, że żyję.


#starość #lenistwo #Organek

Drugi dzień to genialny, choć wciąż niewystarczająco doceniany zespół L.Stadt (polecam, sprawdźcie ich!) i urocze, folkowe Panieneczki. Dalej – Organek, który tym razem zupełnie mnie nie porwał. Idealnie dopracowany koncert Davida Byrne’a – wow, to rzeczywiście było zaskoczenie. Później Depeche Mode, które mnie nie poruszyło. Było w porządku, ale bardziej od doznań muzycznych zapamiętałam aluzje seksualne, które pojawiały się co pięć minut, do porzygania. Muchy, które odegrały całą płytę Terroromans. Tęsknię za nimi, wciąż. Mam nadzieję, że coś jeszcze nagrają. I na koniec Massive Attacki po raz drugi – niestety nic nie przebije ich koncertu, na którym byłam w Czechach.

Dzień trzeci to zaskakująco solidny koncert Kaleo, absurdalna, abstrakcyjna, ale wciąż dobra zabawa na Taconafide i w końcu, oczekiwane przeze mnie wiele lat Gorillaz. Gorillaz dali z siebie wszystko, ale… nie odpłynęłam, nie zatraciłam się i nie poczułam tego, co chciałam. A chciałam bardzo. Może za bardzo.

Ostatni dzień to dzień klimatycznej grupy Lor (polecam dziewczyny, bardzo, bardzo!), Podsiadło, który ewidentnie przechodzi muzyczną i życiową rewolucję (pozytywnie!), no i Bruno Marsa, który… Totalnie mnie zaskoczył. To zupełnie nie są moje klimaty, nie trafi do mojego serca i nie przykleję sobie jego zdjęcia nad łóżkiem. Ale nabrałam do gościa ogromnego szacunku, bo nie dość, że śpiewa, to jeszcze tańczy i obie te rzeczy robi perfekcyjnie. Jeśli to coś w Waszym stylu, na pewno warto wybrać się na występ tego artysty.

To był (mój 10!) Open’er – nie było pełnej relacji, macie więc skrót. Trochę się boję, że ta formuła się już dla mnie kończy i smutno mi z tego powodu.


Najlepsze zachody słońca - zawsze w Babich Dołach.

Tegoroczny Gdańsk Dźwiga Muzę niczym mnie nie zaskoczył, jednak wciąż uważam, że to świetna propozycja i ważny punkt koncertowy na mapie Trójmiasta.

Bardzo czekałam na występ Judas Priest, ale… Wciąż jestem zdania, że Kostrzyn nad Odrą nie sprawdza się zwykle przy ciężkich brzmieniach. Nie porwało.

Porwał mnie za to (tradycyjnie już) koncert Nocnego Kochanka. Oni są stworzeni na Woodstock. Do tego poznałam przemiłych ludzi, z którymi bawiłam się maksymalnie dobrze.

Roger Waters – pełen emocji, protestów politycznych, pięknych przekazów o miłości i oczywiście genialnej muzyki występ. Waters ciągle w formie, nie wiem, jak muzycy to robią, ale chcę być tak pełna życia i sprawna, jak dorosnę. No i bardzo ważna informacja – zobaczyłam na żywo latającą świnię, moje życie jest spełnione.




Męskie Granie, coś, co każdy fan polskiej muzyki powinien przeżyć, chociaż raz. Początek zdecydowanie królował w 2018, a ja po raz kolejny zakochałam się w obyciu scenicznym Kasi Nosowskiej.

Ku mojej rozpaczy Czad Festival został odwołany. Przeżywałam to, chociaż prawdopodobnie i tak nie mogłabym pojechać. Festiwalu, proszę – wróć!

We wrześniu zdarzyło się coś, czego spełnienia w ogóle nie brałam pod uwagę. Byłam na koncercie Jeffa Lynne’a w Wiedniu. I… tak. Wciąż nie wierzę, że się udało, wciąż nie wierzę, że to było naprawdę. A było, mam świadków. Wpis – w swoim czasie.

Jack White, który mnie rozczarował. Było krótko i bez wow, którego bardzo potrzebowałam. Mam wpis – i, tak – wiem, że jestem mistrzynią niedodawania gotowych tekstów.

Idealne zakończenie pięknego koncertowego roku – Paul McCartney w Krakowie. Zgadnijcie, co? Owszem, tekst czeka na moim dysku na swoje 5 minut. Ale uwaga: spoiler. Było perfekcyjnie.


Ku Klux Granie...?

Starałam się streszczać, naprawdę, więc pominęłam trochę mniejszych występów. To był naprawdę cudowny rok pod względem koncertowym. Proszę o więcej, chociaż wiem, że coś takiego nieprędko się powtórzy. W pewnym sensie widziałam na żywo każdy z moich najważniejszych zespołów – była namiastka The Beatles, Electric Light Orchestra i Pink Floyd. Queen widziałam w kinie, więc chyba też się liczy?

Na sam koniec – dwa smutne fakty, które zapamiętałam najbardziej. Pierwszym jest śmierć Kory. Nie potrafię powiedzieć, czy ją lubiłam, czy nie, ale bardzo ceniłam, jako artystkę. Ogromna strata.

Drugi fakt, który zaskoczył mnie pod koniec roku – zakończenie działalności zespołu Domowe Melodie. Była to grupa niezwykła pod każdym względem. Choć tworzyli kameralną muzykę, udało im się (zupełnie niechcący) trafić do szerszego grona odbiorców. Skąd więc taka decyzja? Nie mam pojęcia, ale wiem, że będę tęsknić.

Co wydarzy się w 2019? Nie wiem, ale liczę na same piękne przeżycia muzyczne.


Zostań ze mną na dłużej :)

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Copyright © 2016 Skrzypek z poddasza , Blogger