17:35

Bohemian Rhapsody, czyli historia Freddiego i chłopaków na wielkim ekranie




Nie wyobrażacie sobie, jak bardzo bałam się tego filmu. Kiedy zobaczyłam pierwsze zwiastuny, mój lęk tylko wzrastał. Mr. Robot, czy też Rami Malek wokalistą Queen? Dlaczego? Czy moje obawy były słuszne?





Żeby naświetlić Wam, jak ważny miał być to dla mnie seans, muszę trochę napisać, co znaczy dla mnie sam zespół Queen. A znaczy bardzo dużo. Nie będę opowiadać wszystkich swoich historii z nim związanych, może zrobię to kiedy indziej, ale bądźcie świadomi, że nie jest to dla mnie jakaś przypadkowa kapela. Muzyka Queen towarzyszy mi od zawsze i na zawsze będzie. Jest to dla mnie jeden z najbardziej istotnych zespołów w ogóle i pewnie, gdybym musiała wybrać tylko jeden najważniejszy zespół, wybrałabym właśnie Queen. Wybierać jednak nie chcę i na szczęście nie muszę.

Przed seansem Bohemian Rhapsody z tyłu głowy towarzyszyła mi myśl Mam nadzieję, że tego nie spieprzyliście.

Film ten jest historią zespołu od momentu, w którym do Briana i Rogera dołączył Freddie do słynnego występu grupy na Live Aid w 1985 roku. Zaznaczmy, że historią uproszczoną i uładzoną, jak na standardy fabularne przystało, ale wciąż nieźle przedstawioną. Nie jest to jednak dokument, a film biograficzny, więc fakt, że nie będzie to wierna kopia rzeczywistości, był oczywisty. No i fabuła skupia się jednak przede wszystkim na historii Freddiego. To jego rodzinę poznajemy, jego wzloty i upadki obserwujemy najuważniej. Ale nie ma się co dziwić – serce zespołu jest jedno.

Moje obawy, co obsady głównych bohaterów, okazały się zupełnie bezpodstawne. Patrząc na ekran, nie widziałam aktorów, a muzyków, których znam i cenię. Myślę, że casting do filmów biograficznych jest rzadko tak udany, jak ten. Panowie na czas grania stali się grupą Queen, za co mam do nich ogromny szacunek. Wygląd, zachowanie, sposób bycia, ukazanie osobowości… Wyszło wspaniale, naprawdę.



Poszczególne piosenki w bardzo naturalny sposób zostały wplecione w fabułę. Bardzo dobrze zgrywają się z kontekstem poszczególnych scen, co nadaje harmonii i spójności całości. Szczegóły z biografii zespołu są przemycane w dialogach, moim zdaniem w bardzo umiejętny sposób. Proste, ale przemyślane zdjęcia i charakterystyczne kolory nadają klimatu produkcji. No i soundtrack napisany przez wybitny zespół, czy już o tym wspominałam?

Najbardziej ujęło mnie przedstawienie dwóch aspektów historii. Po pierwsze muzyka – wszystkie momenty, kiedy pokazane zostało, jak tworzyli. Zwłaszcza moment nagrywania tytułowego utworu – kiedy Roger raz po raz wyśpiewuje Galileo i w końcu reszta zespołu do niego dołącza. Cieszę się, że podkreślony został fakt, że każdy z chłopaków komponował swoje utwory i pisał teksty. W końcu grupa Queen składała się z czterech bardzo uzdolnionych muzycznie osób. Poniżej, dla wtajemniczonych, wstawiam piosenkę I’m in Love With My Car. Żeby Rogerowi nie było przykro.



Drugim aspektem, który jest według mnie siłą tego filmu, jest przedstawienie relacji Freddiego i Mary Austin. Subtelnie i bardzo emocjonalnie. Bez przesadnego dramatyzowania, ale z ukazaniem złożoności ich relacji. Bo choć ostatecznie nie była to miłość romantyczna, to jednak Love of His Life. Jak było między nimi naprawdę, wiedzą wyłączenie sami zainteresowani, jednak wiadomo, że Mary była jedną z najważniejszych osób w życiu muzyka, a ich relacja miała na niego ogromny wpływ. Prawdopodobnie też spory wpływ na bieg całej historii jego życia.  

No i w końcu sam Freddie jako postać. Postać tragiczna. Człowiek, który szukał siebie, swojej tożsamości, nie tylko seksualnej, ale przede wszystkim podstawowej – kim jestem, gdzie przynależę? Człowiek, który postanowił wykreować swoje życie od nowa – zaczynając od zmiany nazwiska, sposobu mówienia o sobie i komunikacji ze światem, kończąc na sposobie ubierania i organizowaniu osobliwych imprez. Czy udało się jemu odnaleźć w tym wszystkim siebie i znaleźć harmonię wewnętrzną, o to nie będę miała okazji zapytać go w tym życiu. Jednak wierzę, że wszystko, co robił, wypływało z niego. Gubił się – oczywiście. Nie zawsze podejmował trafne decyzje – jasne. Był wielkim artystą, ale był też człowiekiem, jak każdy z nas. I uważam, że w filmie zostało to bardzo dobrze przedstawione.



Żeby nie było zbyt słodko, teraz aspekty, które w moim odczuciu nie poszły najlepiej.

Ten film jest do bólu poprawny. Niby opowiada o podstawowych faktach, niby przesadnie nie mija się z prawdą. Jednak zabrakło mi brudu, zabrakło mi mięsa. Queen był zespołem, który nie bał się iść pod prąd i tworzył, co uważał za słuszne, niekoniecznie zgodnie z zasadami rynku. Dlatego chciałabym, żeby ich biografia była bardziej niepokorna, bardziej… żywa. Nie powiem Wam, co dokładnie bym zmieniła, bo tego nie wiem. Mam jednak poczucie, że twórcy bali się przekroczyć granicę poprawności, żeby nie zepsuć laurki. Szkoda.

Druga sprawa, która znacząco wpłynęła na to, że mimo wszystko czuję niedosyt, to moment, w którym historia się urywa. Może z czysto filmowego punktu widzenia filmowego, zakończenie fabuły na koncercie Live Aid było dobrym posunięciem. Może. Moim zdaniem wcale nie. Ja przedłużyłabym całość o co najmniej pół godziny, pokazała, co działo się z Freddiem i przesunęła zakończenie na moment, w którym odszedł. W ostatniej scenie dorzuciłabym Innuendo i powstałoby piękne zakończenie. Czy byłoby zbyt ckliwie? Być może. Ale zakończenie, z jakim zostawiają nas twórcy, w moim odczuciu nie jest satysfakcjonujące. Niestety. Poza tym, przez ostatnie lata działalności też powstało kilka bardzo ważnych utworów. Szkoda, że ich zabrakło.

Brakowało mi również tłumaczeń tekstów poszczególnych utworów. Uważam, że w filmach muzycznych powinno się je bezwzględnie dodawać – w końcu muzyka jest jednym z najważniejszych elementów tego typu produkcji. Choć dobrze znam teksty piosenek zespołu, uważam, że napisy podczas ich trwania byłyby pozytywnym akcentem dopełniającym całość.

Film Bohemian Rhapsody mnie nie zaskoczył, ale też nie rozczarował. Był dla mnie okazją do odświeżenia sobie historii Queen w nowej formie i przypomnieniem, jak ważny jest dla mnie ten zespół. Chociaż… przecież nie zapomniałam. O miłości się nie zapomina. Zwłaszcza o Miłości Życia.



P.S. Teraz lecę poznawać recenzje, bo póki co nie czytałam żadnych opinii, żeby się nie nastawiać i nie zaśmiecać głowy, przed pisaniem własnej. Jeśli widzieliście Bohemian Rhapsody, czekam na Wasze wrażenia :)  

Przypis po czasie

Opinię, którą mieliście okazję przeczytać, stworzyłam tuż po listopadowym seansie Bohemian Rhapsody. Dziś – jestem zaskoczona, że film zbiera tyle nagród na festiwalach. A nominacja oscarowa? Hmmm… Nie wpadłabym na to, żeby ją przyznać. Może sam Rami Malek mógłby dostać tę nagrodę, ale film jako całość? Mocno dyskusyjne. Miło, że twórczość Queen odżyła w szerszej świadomości, jednak wciąż czekam na filmową biografię, która bez żadnych ale będzie zwieńczeniem dokonań Królowej.

Zostań ze mną na dłużej :)

                                                                                         

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Copyright © 2016 Skrzypek z poddasza , Blogger