19:05

Teatr w mieście, miasto w teatrze – jak było na Festiwalu FETA 2019?


FETA – gdański festiwal teatrów ulicznych, impreza, która przekonuje, że sztuka teatralna (czy nawet kultura w ogóle) nie jest przeznaczona dla elit, a dla każdego, kto tylko znajdzie chęć i czas, żeby się na nią otworzyć. Co udało mi się zobaczyć w tym roku?





FETĘ odwiedziłam wcześniej kilka razy, jednak pierwszy raz postanowiłam zobaczyć więcej, odwiedzić kilka miejsc i przy okazji złapać w obiektywie kilka ciekawych ujęć. Ten ostatni pomysł mocno wpłynął na mój odbiór całości, bo jednak większość czasu czułam się tam bardziej fotografką, niż typową uczestniczką. Nie przeszkodziło mi to jednak w świadomym odbieraniu poszczególnych przedstawień, ba! Myślę, że paradoksalnie śledzenie wydarzeń przez obiektyw, pomogło mi się bardziej skupić na tym, co oglądałam.

W piątek zahaczyłam o FETĘ po drodze do kina, jeszcze bez aparatu. Trafiłam na duńskie przedstawienie Life is good. Punktem wyjścia było tu nawiązanie i opowiedzenie na nowo historii Romea i Julii, dzięki pacynkom. Na początku było zabawnie i lekko, główny aktor – mówiący trochę po włosku, trochę po angielsku, bardzo charyzmatyczny. Mój nastrój siadł, kiedy zaczęły się żarty z samobójstwa. Ok, może jestem przewrażliwiona na tym punkcie, nie wiem. Ale biorąc pod uwagę fakt, że tegoroczne przedstawienia nie miały ograniczeń wiekowych, a większość publiczności stanowiły dzieci, to wchodzenie na drabinę ze sznurem na szyi wydaje mi się (delikatnie ujmując) nie na miejscu. Gdyby nie to, podobałby mi się o wiele bardziej, ale tak mnie to zniechęciło, że przestałam się dobrze bawić.

W sobotę, już z aparatem, dotarłam na spektakl wrocławskiego Teatru Formy Trzy oblicza Salvadora Dali. Wybrałam ten tytuł oczywiście ze względu na samego malarza, który wciąż pozostaje moim ulubionym. Była to impresja, dotycząca życia artysty. Mimo, że aktorzy nie wypowiadali żadnych kwestii, bardzo żywo przekazywali emocje – i za pomocą mimiki, i choreografii. Niby środki wyrazu mocno ograniczone (co można wymyślić występując na boisku?), a mimo to, zapamiętałam scenografię i różne drobne elementy, doskonale dopełniające całość. Nie powiem, że odeszłam zachwycona, ale na pewno zadowolona, że tam dotarłam.




Tego dnia miałam w planie jeszcze inny występ, jednak przez drobne przesunięcie czasowe, odpuściłam. Popatrzyłam chwilę z oddali, ale zdecydowanie za krótko, żeby napisać Wam coś więcej.

Dotarłam za to do Stoczni Cesarskiej na… spektakl powietrzny. Voala Station hiszpańskiego teatru Voala. Tutaj, niestety, zabroniono mi korzystania z aparatu. Nie wiem, czy wynikało to z ogólnego zakazu fotografowania terenów stoczniowych (myślę, że tak), ale bardzo żałowałam, bo było to bardzo ciekawe wydarzenie. Podniebne choreografie z parasolkami i akrobacje w chustach (bez zabezpieczenia, tuż nad głowami widzów) robiły wrażenie. Do tego przejmująca muzyka, wykonywana przez wokalistkę z operowymi umiejętnościami. Zdecydowanie niecodzienne doświadczenie.

W niedzielę zdecydowałam się na Teatr HoM i przedstawienie Ukryte. Niby bardzo prosty pomysł i przekaz, ale piękne kostiumy i wyraziste kreacje aktorskie bardzo mnie przekonały. Może przez moją słabość do Ołowianego żołnierzyka? Nie wiem, ale występ bardzo mi się podobał. Jedyne, czego nie mogłam zrozumieć, to zwrot akcji, niezwiązany bezpośrednio z przedstawieniem, ale… co tu się stało? Przyjechał człowiek, żeby obciąć gałęzie drzewa, znajdującego się w pobliżu. To, że w trakcie spektaklu, to jedno. Można żyć w nieświadomości. Ale była niedziela wieczorem, czas, w którym raczej nie robi się takich rzeczy. Przypadek? Chciałabym wierzyć, że tak, ale wyglądało to na zaplanowaną złośliwość.




Kiedy pojawiłam się na Targu Węglowym trwał już występ Włochów z Jashgawronsky Brothers PopBins, czyli coś na pograniczu koncertu grania na wszystkim i kabaretu. Niestety (chociaż popularność takich imprez jest super) ludzi było tak wielu, że niewiele widziałam. Nagłośnienie nie dawało rady, więc słyszałam równie mało. Wybrałam się więc na Festiwal Foodtrucków tuż obok. Piwo Amber o smaku czarnego bzu poleca się na przyszłość.

Białoruska grupa InZhest i spektakl Trash Poem. Proekologiczny przekaz zawsze na plus, moim zdaniem trwało to trochę za długo. Śmieciowe potwory mogą się śnić po nocach, brrrr…






W końcu wielki finał festiwalu – ponowny występ grupy Voala, tym razem w towarzystwie rockowej grupy Duchamp Pilot. Po Muare Experience oczekiwałam wiele. Bo to finał, bo był to jeden z niewielu spektakli biletowanych, bo po tym, co zobaczyłam na terenie Stoczni, myślałam, że tym razem zmiecie mnie z ziemi. I… nic takiego się nie wydarzyło. Koncert, choć muzycznie ciekawy, wokalnie dość przeciętny. Byłam, zobaczyłam, nie czułabym potrzeby przeżywania tego ponownie. Powietrzne choreografie wyglądały dobrze, ale im dłużej na nie patrzyłam, tym bardziej znużona się czułam. O ile Voala Station do mnie trafiło, tak tu zabrakło mi spójności, różnorodności i jakiegoś przekazu. Wiem jednak, że wiele osób się zachwycało, więc cóż… co kto lubi.






***

Tyle o tym, co widziałam. Czas na parę słów o samym festiwalu.

Największą wadą i jednocześnie zaletą festiwalu jest fakt, że występy odbywają się w przeróżnych, często oddalonych od siebie lokalizacjach. Lubię oglądać spektakle w całości, a niestety przez spore rozstrzelenie miejsc, miałam problem z udziałem we wszystkim, co mnie interesowało.

Chociaż mieszkam w Gdańsku prawie całe życie i znam miasto dość dobrze, lokalizacje spektakli są dla mnie nieoczywiste. Jasne, rozdawane w punktach informacyjnych mapki trochę ułatwiają, ale przydałyby się też wskazówki i oznaczenia umieszczone gdzieś w przestrzeni miejskiej, żeby usprawnić poszukiwania. W tym roku najwięcej błądziłam w okolicy Stoczni Cesarskiej (ja i wiele innych osób, na które co chwilę wpadałam). Proszę pomyślcie o czymś takim w kolejnych latach, na pewno wszystkim ułatwiłoby to życie. Tak czy inaczej – super, że można odkryć kilka nowych miejsc, w dobrze znanym mieście.




Mimo tego, że żaden ze spektakli nie trafił do mnie jakoś bardzo mocno, cieszę się, że takie inicjatywy się pojawiają i że wiele osób może za darmo lub za niewielką opłata doświadczyć czegoś interesującego.

Teatr uliczny nigdy nie zastąpi mi teatru tradycyjnego, ale o to w tym wszystkim chodzi. Spektakle uliczne rządzą się swoimi prawami, a inicjatywy takie jak FETA pozwalają zobaczyć wiele wartościowych występów, przygotowanych przez artystów z różnych stron świata. Gdyby nie tego typu festiwale większość ludzi nie miałaby takiej możliwości.

Czym FETA zaskoczy nas następnym razem? Dowiemy się już w przyszłym roku. Na pewno będę chciała to sprawdzić.

O FECIE wspominałam też we vlogu. Jeśli chcecie posłuchać trochę mojego marudzenia, zapraszam do oglądania. 





Zostań ze mną na dłużej :)



Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Copyright © 2016 Skrzypek z poddasza , Blogger