17:01

Muzyczne odkrycia, poruszająca sztuka współczesna, nieoczywiste wybory i samotne wędrówki – Open’er 2019


Lipiec 2019, Gdynia, dzień do Open’era. Po licznych zawirowaniach wewnętrznych – jadę/nie jadę, decyduję się na karnet. Jadę, kupuję bilet, wymieniam opaskę. Błagam, żebym tylko nie żałowała wydania ostatnich pieniędzy, bo tegoroczny line-up pozostawia wiele do życzenia.





3 lipca 2019

Życie oczywiście niczego mi nie ułatwia, dlatego rano załatwiam różne zaległe sprawy. Nie udaje mi się dojechać na pierwsze koncerty, trudno. Kolejki do festiwalowego autobusu też mocno mnie blokują.

Ostatecznie docieram wprost na koncert Jain. Nie mam oczekiwań, nie mam zdania. Obserwuję, słucham, wciągam się coraz bardziej. Dziewczyna jest urocza i charyzmatyczna. Niektóre utwory zapuszczają korzenie w moim umyśle.




Skrajna zmiana klimatu i Idles. Dzika, punkowa, nieokiełznana energia i brudne dźwięki. Kupuję to baaaardzo i bawię się przednio.

Jest trochę mokro, jest chłodno. Przerwa na piwko i frytki, czekam na opóźniony Vampire Weekend. Niby miło, niby w porządku, ale opóźnienie psuje plan, więc w połowie zmywam się na The Voidz.  

Casablancas w bardziej swobodnej i alternatywnej odsłonie. Intryguje, ale chyba jednak bardziej irytuje. Oby z The Strokes było inaczej.

Dzień mnie trochę przeczołgał, wracam do domu.




4 lipca 2019

Komplikacji dzień kolejny. Chcę dojechać na spektakle i… mój pociąg opóźnia się prawie godzinę. Cudownie. Idę do domu, wracam do łóżka.

Pogoda niczego nie ułatwia, jest coraz zimniej i pada. Jesień i to wcale nie ta piękna i złota. Docieram na Klub Komediowy. Jak ja ich lubię! Szkoda, że nie mam okazji widywać ich częściej. Tym razem oglądam improwizację Pierwszy raz na Open’erze. Wymyślane na poczekaniu piosenki są tak genialne, że chciałabym je zatrzymać na dłużej. Poproszę DVD od Państwa.

Kwiat Jabłoni – bardzo pozytywny duecik, który na pewno podbije jeszcze niejedno muzyczne serce.

Pada coraz mocniej, jest coraz zimniej. Decyduje się, choć nie bez obaw, na festiwalowe muzeum. Zwykle sztuka współczesna jest dla mnie kompletnie nieprzekonująca. Tym razem jest zupełnie inaczej.

Spędzam w muzeum prawie dwie godziny. Oglądam każdą instalację, czytam wszystkie opisy. Zostaję na zwiedzaniu z przewodnikiem. W swojej wystawie Daniel Rycharski opowiada o byciu gejem w małej wiejskiej społeczności, o swojej religijności i samotności. Wątków jest naprawdę wiele, każda instalacja trafia do mnie w inny sposób. Jestem pod ogromnym wrażeniem i żałuję, że nie udało mi się poznać autora. Chociaż się nie utożsamiam, to czuję i rozumiem, a to jest wspaniałe.


Piwko pod parasolem? Tego jeszcze nie grali


Koncert 1975, mój drugi. To bardzo dziwne, bo chociaż niespecjalnie lubię ten zespół zawsze będę miała do niego szczególny stosunek. Był to mój moment na wspomnienia, refleksje i zamknięcie koła. Oby na zawsze.

Niepozorny, ale najbardziej wyjątkowy – występ Misi Furtak. Czekałam na usłyszenie Misi na żywo przez wiele lat, w końcu się udało. Lirycznie, klimatycznie, bardzo kameralnie. Zatraciłam się w muzyce, zapominając o deszczu. Coś pięknego. Chcę muzycznych spotkań z Misią jak najczęściej.

Skrajna zmiana klimatu i The Strokes. Do tej pory zawsze śmiałam się, że jestem team The Strokes, nie Arctic Monkeys. Ten czas właśnie minął. Nie był to zły koncert, w żadnym razie. Przyzwoicie odegrany (bardziej niż zagrany), poleciało kilka hitów. I to wcale nie tak, że byłam wkurzona na brak utworu Under Cover of Darkness, który od kilku lat jest moim dzwonkiem telefonu (no dobra, trochę byłam), po prostu… Szanowny pan Casablancas reprezentuje ten typ bezczelności artystycznej, którego nie trawie. Jakkolwiek dziwnie to nie brzmi, nie czuję się dobrze traktowana, jako jego słuchaczka. Koncert pozostawił u mnie uczucie niesmaku, a zupełnie nie tego oczekiwałam.

Finał dnia i Greta van Fleet. Kontrowersje wokół twórczości braci Kiszka nie ustają, czego nie rozumiem, bo przecież po prostu grają, jak się grało dawno temu (ok, tak, jak grali panowie z Led Zeppelin). Namiot był tak wypełniony, że nie miałam szansy dostać się do środka. Nawet nie wiecie jak wspaniale jest stać przemarzniętym i przemoczonym na deszczu gapiąc się na telebim! Gdyby nie okoliczności bawiłabym się o wiele lepiej, ale cóż. Trudno wygrać z rzeczywistością. Mimo wszystko nie żałuję, bo kto wie, czy jeszcze kiedyś zobaczę Gretę na żywo.




5 lipca 2019

Zrywam się o świcie, bo (w końcu!) mam zamiar dotrzeć na spektakle. Jako pierwsi – Inni ludzie. Jestem świeżo po lekturze, więc na bieżąco konfrontuję pierwowzór z adaptacją. To, co widzę jest bardzo intensywne i odrobinę przytłaczające. Cieszę się, że zdążyłam przeczytać książkę, bo jednak ją odebrałam trochę inaczej. Niemniej – warto było poznać sceniczną interpretację, chociażby dla genialnej kreacji Adama Woronowicza.

Szybka zmiana dekoracji, gofry i gorąca czekolada na drugie śniadanie, lecę na Świętą Kluskę. Wciąż nie wiem, jak to skomentować. Muzycznie bardzo interesująco (nazwisko Wrońska zobowiązuje, obie siostry bardzo cenię), treściowo… Czułam głównie obrzydzenie, nie jestem przekonana, czy o to chodziło. Mocne doświadczenie.

Spotkanie z rodzicami. Tak, tak, to ten dzień, którego nie spędzę sama.


Strefa Antyradia jak zawsze w dobrej formie


Hania Rani, artystką, którą obserwuję od jakiegoś czasu, pogromczyni klawiszy. Urokliwa i niedzisiejsza, zupełnie nieprzystająca do Open’era (właściwie… kto przystaje?). Rozwija się w bardzo interesującym kierunku, czekam na więcej.

Darię Zawiałow widzę po raz któryś. Dobrze robi to, co robi, jestem fanką jej talentu. Jednak wciąż nie czuję większości jej piosenek, a dzisiejszy występ trochę mnie nuży… Padam na trawę.

G-Eazy, czyli… co właściwie tutaj robię? Nie do końca wiem, ale czas sprawdzić gwiazdy tegorocznego line-upu. Nie wiem, o co chodzi. Gościu ma charyzmę, ale skrawki tekstów, które do mnie docierają… ekhm… jakby to ładnie ująć? Są mało wysublimowane i bardzo mi dalekie.

Zaskakujący zwrot akcji i Rosalia. Nie wiem, gdzie jestem, ale chyba bardzo daleko od Europy. W każdym razie tak się czuję. Dzikie, etniczne, przyprawiające o zawrót głowy rytmy, ciekawe choreografie i zdecydowanie niecodzienny klimat. Interesująco.

Coś, na co czekałam od dawna, wstęp, który miał być moim tegorocznym najważniejszym przeżyciem koncertowym lipca. The Smashing Pumpkins. Dynie w mojej ulubionej postaci. Liczyłam na to, że będzie dobrze, ale ten koncert… był doskonały, po prostu. Zaczynając od oprawy wizualnej, przez dobór piosenek, do wykonania. Wzorcowy koncert rockowy, który spokojnie mógłby trafić do podręcznika Jak grać dobre koncerty?. Pożegnałam zespół z pełną muzyczną satysfakcją, co ostatnio nieczęsto się zdarza.




LP – dla wielu wokalistka doskonała, dla mnie intrygujące zjawisko. Z każdą kolejną minutą koncert wciągał mnie coraz bardziej, dlatego (choć w oddali rozgrzewała się już Kylie) musiałam zostać do końca. Było warto, bo to jak pięknie wybrzmiał utwór Lost On You w wykonaniu festiwalowiczów, na długo pozostanie w mojej pamięci.

Finał dnia i Kylie Minogue. Zupełnie nie wiedziałam, czego spodziewać się po tym występie, podświadomie myślałam, że będzie się z czego pośmiać. I tym razem… pomyliłam się bardzo. Solidny, dopracowany muzycznie i choreograficznie kawał dobrej roboty realizatorskiej, dający sporo dobrej zabawy, bez cienia żenady. Ogromny szacunek, bo chociaż nie są to moje klimaty, doceniam taką pracę bardzo.

6 lipca 2019

Dzień finałowy.




Na spektakl (podobno najciekawszy) tym razem zaspałam. Jak widać festiwalowe poranki nie są w tym roku moją mocną stroną.

Przyjeżdżam idealnie na Bitaminę. W końcu. Po dwóch latach polowania na koncert, widzimy się na żywo. Jest idealnie, tak, jak na płytach, tylko lepiej. Mateusz buduje taką atmosferę, że wszyscy czują się przyjemnie upaleni, chociaż nigdzie nie widać dymu. Nikt nie zauważa też, że pada coraz mocniej, dzięki zespołowi nikt o tym nie pamięta.

Czas na obywatelskie klimaty, idę na dyskusję Czy polityka jest kobietą? z panią prezydent Dulkiewicz. Z każdą kolejną wypowiedzą zyskuje w moich oczach, czuć, że zależy jej na Gdańsku i jego mieszańcach, a to jest najważniejsze. Jednak najważniejsza wypowiedź pada ze strony publiczności, kiedy niepozorna dziewczyna z wiankiem na głowie, wygłasza poruszającą przemowę o feminizmie, równości, języku i humanistach. Wątków jest wiele, ona bardzo pewnie i mądrze mówi rzeczy, które chciałabym słyszeć częściej. Mam ochotę podejść i ją uściskać, albo przynajmniej podziękować, za to, co powiedziała, ale znika mi gdzieś w tłumie. W takim razie – dziękuję teraz. Jeśli zdecydujesz się jakkolwiek działać społecznie, masz moje poparcie.


Frekwencja aż tak słaba?


Lecę na Żelazne Waginy. Znów odrobina teatru – ma być zabawnie, ma być punkowo, ma być pod prąd, jest… porażka. Chyba nigdy nie wyszłam w trakcie filmu czy przedstawienia, bo szanuję twórców i zawsze staram się dawać szansę nawet, jeśli początkowo nie jestem przekonana do tego, co widzę. Tym razem nie dałam rady. Wytrzymałam pół godziny, po czym wybiegłam z namiotu. Nie mam pojęcia co to miało być, ale stwierdziłam, że mój czas i moje odczucia są w tym momencie ważniejsze niż szacunek to pań na scenie. Zresztą, choć bardzo się starałam, nie potrafiłam w sobie tego szacunku odnaleźć. Na domiar złego zjadłam obrzydliwe, przetłuszczone frytki, usmażone na starym oleju. Piękny moment.

Wszystkie niedogodności wynagrodził mi występ zespołu La Dispute. Bardzo lubię emocjonalno-rockową stronę muzyki, więc grupa bardzo szybko ukoiła moje zszargane nerwy. Zagrali naprawdę świetnie, dlatego trochę mi głupio, że większość koncertu przesiedziałam. Cóż, uroki ostatniego festiwalowego dnia.

Czas na spacer. Odwiedzam różne strefy. Jest mnóstwo fundacji, walczących o dobre sprawy. Jest możliwość darmowego badania krwi, pod kątem konkretnego wirusa. Są debaty, są warsztaty, pokazy mody… Dzieje się bardzo dużo. W największy zachwyt wpadam, kiedy znajduję półkę z książkami nominowanymi do Literackiej Nagrody Gdyni – pragnę ukraść każdy z tych tytułów, tym bardziej smuci mnie fakt, że w strefie czytania wszyscy obecni siedzą z nosami w swoich telefonach. Ach, ta dzisiejsza młodzież!

Przez chwilę obserwuję koncert Kodeline, ale jakoś nie czuję chemii i wybieram jedzenie. Najlepsza rzecz, jaką zjadłam w czasie całego festiwalu, czyli podpłomyki. Chwila dla nich.




Mój Open’er powoli dobiega końca. Czas na pożegnalny występ. Przed państwem księżniczka smutku – Lana Del Rey. Przyznaje bez bicia, że do tej pory miałam raczej negatywny stosunek do jej twórczości. Za bardzo mnie nużyła i irytowała. Koncert jednak odczarował mi Lanę i jej piosenki, mimo półplaybacku naprawdę podoba mi się to, co widzę i słyszę.

Czas się pożegnać. To co, Open’erku – do zobaczenia za rok?

***

Po analizie line-upu byłam negatywnie nastawiona do tegorocznej edycji festiwalu i niewiele brakowało, żebym poszła tylko na dzień z zespołem The Smashing Pumpkins. Tak naprawdę na moją ostateczną decyzję wpłynął (nieszczęsny) zespół The Strokes, no i Greta van Fleet, która grozi, że zakończy działalność, jeśli w tym roku niczego nie wyda. Nie opłacało mi się inwestować w dwa bilety na dwa dni, zdecydowałam się więc na karnet.

Postanowiłam się otworzyć na to, co będzie się działo i dobrze spędzić czas. Mimo, że zabrakło wielkich nazwisk, a część headlinerów była mi zupełnie obojętna, bawiłam się bardzo dobrze, choć w nieoczywisty sposób.




Z wyjątkiem piątku, byłam na festiwalu sama, co zupełnie zdjęło ze mnie presje gonienia za konkretnymi wydarzeniami i robienia rzeczy, na które nie mam ochoty. Na totalnym luzie przemierzałam festiwalowe pole i tak po prostu cieszyłam się, że mogę tam być ten jedenasty już raz.

Cieszę się, że w porównaniu z zeszłym rokiem ludzi było zdecydowanie mniej i nie trzeba było się męczyć w kolejkach po jedzenie czy do Toi Toia. Może taka frekwencja nie jest dobra dla samego festiwalu, podnosi jednak znacznie mój komfort.

Bawią mnie profesjonalne komentarze, w niektórych serwisach, że teraz to wszyscy jeżdżą się tam lansować, a program jest tak słaby, że nie ma co ze sobą zrobić. Cóż. Jeśli ktoś jest krótkowzroczny, zawsze będzie się nudził, ale nie rozumiem, dlaczego publikuje się takie marudne relacje w dużych serwisach (wybaczcie, nie pamiętam gdzie to czytałam). A hipsteriada i ludzie przyjeżdżający tu, żeby się pokazać? Byli odkąd pamiętam, tyle, że teraz, dzięki Instagramowi, zmienił się odrobinę sposób ich bycia. Ale tak szczerze, czy fakt, że ktoś lata półnagi pod sceną przy 10 stopniach, tylko po to, żeby strzelić sobie foteczkę, wpływa znacząco na jakość festiwalu? Mnie to akurat bawi, nic więcej. A jeśli kogoś boli, polecam zamknąć oczy lub zmienić lokal.

Zeszłoroczny Open’er mimo przepakowanego gwiazdami line-upu, był dla mnie trochę za ciężki. Może przez przeludnienie, nie wiem, ale zupełnie nie mogłam wczuć się w klimat. Tym razem, mimo bardzo kiepskiej pogody i nieoczywistych propozycji muzyczno-artystycznych, czułam się w Gdyni wspaniale. Złapałam oddech, odpoczęłam, otworzyłam się na nowe formy sztuki. Było dobrze, było inaczej, czułam, że to wyjątkowa edycja, mimo braku szczególnie wyraźnych punktów zwrotnych.

Czy wrócę do Gdyni za rok? Jasne, że tak. Open’er jest już dla mnie tak oczywistym wydarzeniem, jak Wigilia. Open’er jest moim oficjalnym początkiem lata. Kocham to miejsce, kocham ten czas.

Bilety na Open'er 2020 już w sprzedaży. Jeśli macie taką możliwość, to polecam polować na karnety teraz, bo chociaż line-up jest na razie tajemnicą, moim zdaniem opłaca się zaryzykować.  

Do zobaczenia w Gdyni w 2020!  





Zostań ze mną na dłużej :)

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Copyright © 2016 Skrzypek z poddasza , Blogger