22:49

Dużo roboty, Oscar na horyzoncie i wypad do Warszawy – miesiąc w pigułce #2


Skończył się dopiero drugi miesiąc w tym roku, a ja, zamiast się rozpędzać, jestem coraz bardziej zmęczona. Przeraża mnie to trochę, bo wiem, że rok z czasem będzie przyspieszał coraz bardziej, a nie zwalniał. Jak żyć, żeby nie zwariować?




Luty to sporo niekończących się spraw uczelnianych. Luty to też sporo spraw szkolnych mojej mamy, w których zawsze Jej pomagam. Luty to jeszcze bardziej intensywna kontynuacja stycznia i zapowiedź (prawdopodobnie) równie intensywnego marca. O ile ciało potrafię na chwilę zatrzymać, tak moja głowa ciągle pędzi. Nie chcę niczego zawalić, a jestem blisko. Ratunku.

Zdałam egzamin, skończyłam dwa kursy, zaczęłam kolejne dwa. Staram się powoli iść z różnymi rzeczami do przodu, ale mam poczucie, że ciągle jest za szybko i ciągle niczego nie dostrzegam. Ratunku 2.

W lutym trochę obejrzałam, z książkami szło mi bardzo opornie, bo moja głowa aktualnie bardziej potrzebuje świeżego powietrza i słonka, niż literek. Nie chcę się powtarzać, więc jeśli ciekawią Was moje filmowe wrażenia, zapraszam do filmiku poniżej.



Vlog po oscarowy mi nie wyszedł – więc krótko tutaj. Jestem pozytywnie zaskoczona tegoroczną galą. Szło bardzo sprawnie, bez zaskoczeń, ale też bez żenady. To dobrze. Brak prowadzącego okazał się miłym akcentem. O filmach nikt już nie pamięta, bo wszystkie media dyskutują wyłącznie o tym, czy Gaga i Cooper mają romans. Dajcie spokój, co komu do tego.

Wygrał Green Book – mój ulubiony film z całej stawki. Mimo to żałuję, że Faworyta nie została doceniona wystarczająco. Cóż, bywa i tak. Podczas Nocy Oscarowej intensywnie bawiłam się na Twitterze, więc tam znajdziecie więcej moich komentarzy.



Regularnych dawek pozytywnej energii dostarcza mi serial Kochane Kłopoty. To taka kojąca i ciepła historia. Ma już swoje lata, ale wciąż działa tak, jak powinna. Oglądamy razem z Mamusią, więc sporo sytuacji możemy odnosić do siebie. Chociaż… raczej daleko nam do Rory i Lorelai.

W lutym w końcu skorzystałam z przepisu na ciastka czekoladowe. O. MÓJ. BOŻE. Są idealne. Jeszcze nie trafiłam na nikogo, komu by nie zasmakowały, u mnie w domu znikają błyskawicznie. Dodam jeszcze, że piekłam je już 4 razy i to tylko w lutym, więc to coś znaczy.

Prawie bym zapomniała –  byłam w Warszawie. Kiedy czekałam na egzamin, pod wpływem stresu, kupiłam bilet na koncert. Ot, tak. Jasne, myślałam o tym wcześniej, ale jakoś tak… Nie chciało mi się jechać. Ale pojechałam. Mama akurat też miała wolne, dołączyła do mnie i zrobiły nam się z tego kolejne wspólne mini-wakacje.

Co prawda zwiedzanie zimą… To nie dla mnie. Trafiłyśmy na wybitne chłodne i wietrzne dni, więc motywacja do wychodzenia z hostelu była marna. W końcu obejrzałam sobie Warszawę z góry w Pałacu Kultury i Nauki. Wiało równo, więc za długo nie nacieszyłam się widokiem, ale za to wrzuciłam grosik na parapet. Nie mam pojęcia, dlaczego ludzie to robią, ale uległam wewnętrznej presji. Każda okazja do pomyślenia życzenia jest dobra.




Uwielbiam wszystkie miniaturowe muzea – Muzeum Domków dla Lalek (też w Pałacu Kultury) okazało się być strzałem w dziesiątkę. Piękna kolekcja.

Centrum Nauki Kopernik to również ciekawe miejsce, chociaż jestem ciekawa jak wypada w porównaniu z Experymentem w Gdyni, do którego wciąż nie mogę trafić.

W końcu – koncert Good Charlotte, czyli moja podróż do przeszłości. Mam ochotę napisać o tym więcej, więc powiem tylko, że byłam bardzo pozytywnie zaskoczona.



Muzycznie – siłą rzeczy królowało u mnie Good Charlotte i sporo soundtracków filmowych. Odkryć – brak. Ciągle brakuje mi jakiegoś muzycznego powiewu świeżości.

W lutym nieoficjalnie wróciłam na bloga. Nie wiem, czy to dobrze czy nie, ale… Nic nie wiem. Czas pokaże.

I tak w dużym skrócie, minął mój luty. Na marzec proszę o więcej pewności, spokoju i odkryć kulturalnych.

Zostań ze mną na dłużej :)



Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Copyright © 2016 Skrzypek z poddasza , Blogger