05:13

Wymarzone trampki, gdyńska plaża, targi pracy i netflixowe szaleństwo – kwiecień '18 w pigułce #4


Macie czasem tak, że kupujecie parę trampek, piękną parę trampek, która sprawia Wam ogromną radość? Ja tak miałam. Niestety trampki były używane, więc musiały iść do pralki. Moja radość trwała więc parę godzin, bo słonecznikowy nadruk prawie całkiem się sprał. Fajnie, nie? To może pierdoła, ale kiedy szukasz radości w takich pierdołach, pierdoły mogą cię też dobić. Moje dobre momenty w ostatnich latach wyglądają właśnie tak. Bardzo ulotnie.





Ale ok, kwiecień nie był aż taki zły. Dostałam niespodziewaną przesyłkę z konkursu foto, o którym zdążyłam zapomnieć, byłam na targach pracy i na plaży, obejrzałam parę seriali i spędziłam Wielkanoc z rodzinką. Działo się.

Ten konkurs fotograficzny był chyba bardziej promocją ciasta francuskiego, ale i tak – miło, że coś mi wysłali. Przyszła do mnie torba termiczna i list z gratulacjami wyróżnienia. Dzięki, dzięki. List nie przetrwał, bo w drodze powrotnej z poczty do domu niespodziewanie złapała mnie prawdziwa wiosenna ulewa. Było całkiem przyjemnie, póki nie przemoczyło mi butów. Tak czy inaczej – oczyszczające doświadczenie.

Wiecie, co się dzieje w piątkowe wieczory na gdyńskiej plaży? Dzieje się festiwal. Nie wiem, czy tak jest zawsze, ale trafiłyśmy z Tellą na taki dzień, że można było się poczuć, jak na festiwalu muzycznym. Wszyscy z alkoholem, w powietrzu opary ziół wszelakich, w oddali gitary i śpiewające grupki. Luz totalny, coś pięknego. Muszę sprawdzić, czy to był wyjątek, czy reguła, ale to zdecydowanie jedno z bardziej błogich popołudni.




Co przywiozłam z targów pracy? Naklejki. To była najbardziej wartościowa rzecz. No i udało mi się pójść na dwa ciekawe wykłady – Fashionable o blogowaniu i See Bloggers. W sumie nic odkrywczego, no i szczerze irytowało mnie używanie przez pana blogera słowa systematyka w znaczeniu systematyczność. I ja rozumiem, że można się przejęzyczyć i nie wiedzieć, ale kiedy ktoś dziesiąty raz w ciągu pięciu minut powtarza takie głupoty, to mój radar poprawności językowej się gotuje. Drugie wystąpienie – tym razem gwiazda dnia, Filip Chajzer. Lubię tego człowieka. Okazało się, że mamy ze sobą baaaardzo dużo wspólnego i to spotkanie dodało mi sporo otuchy. Chociaż na chwilę.

W kwietniu przeczytałam chyba z osiem książek, ale to ta najkrótsza, najbardziej niepozorna, przykuła moją uwagę najbardziej. Latawiec z betonu Moniki Milewskiej, czyli magiczna opowieść o gdańskim falowcu. Sięgnęłam po nią właśnie ze względu na moje miasto. Falowiec plus historia Gdańska plus realizm magiczny, do tego świetny styl autorki i mamy gotowy przepis bardzo dobrą powieść.

Tegoroczna gala Fryderyków wywołała u mnie sprzeczne uczucia – i ze względu na przyznane nagrody i sam kształt uroczystości. Realizacja całości i zachowanie prowadzących były dla mnie momentami żenujące, ale ok, rozumiem, że ciężko jest być fajnym na siłę. Cieszę się, że Daria Zawiałow została doceniona, bo chociaż nie uważam jej albumu za spektakularny, to jest bardzo zdolna i po prostu należało jej się. Poza tym była takaaaa urocza. Nagroda dla Szprycera Taco to nieporozumienie, ale sam Taco śmieje się z tych nagród, więc może jurorzy, chcieli dać mu nowy materiał na utwory. Nagrody dla sióstr Przybysz – super, przemówienie Natalii – bezcenne. Hołd dla pana Zbyszka Wodeckiego, dobrze, że był, chociaż mam wrażenie, że realizatorzy chcieli po prostu zaliczyć ten punkt imprezy, żeby nie było, że nie ma. Żałuję, że nie opisałam tej gali na bieżąco, bo byłoby, co analizować.

W kwietniu obejrzałam dwa ciekawe filmy. Pewnie większość osób dawno o nich słyszała, ja zabrałam się za nie dopiero teraz.

Czerwony żółw – piękna niema animacja, która opowiada, jakkolwiek głupio to nie brzmi, o życiu. Świetny soundtrack, poruszająca historia. Bałam się, że będę się nudzić, ale było wręcz przeciwnie. Są sprawy egzystencjalne, motywy przyrodnicze i malownicze obrazki. Polecam. 




Coś skrajnie innego, czyli Baby Driver. Niby prosta historia, ale dobrze skonstruowana, świetnie zmontowana z genialnie dopasowanym soundrackiem. Szkoda, że nie zdążyłam do kina w zeszłym roku, bo jednak fajnie byłoby zobaczyć ten film na większym ekranie. No i scena z Brighton Rock Queen – bezcenna, jarałam się jak głupia.  



  
W kwietniu zaczęłam się bawić w używanie Netflixa i obejrzałam trzy seriale.

Atypowy – że nieścisłości, że autyzm tak nie wygląda… Może i nie. Dla mnie to ciepła historia rodzinna z bohaterami, których można polubić. Liczę na kontynuację.

13 powodów, czyli jeszcze większe kontrowersje. Pierwowzór literacki poznałam jakoś na przełomie gimnazjum i liceum, czyli… prawie 10 lat temu? Jakoś tak. Pamiętam, że w pierwszej chwili, miałam poczucie, że każdy powinien poznać tę historię, bo temat bezmyślnego znęcania się nad innym był akurat na czasie u mnie w szkole, ale potem dotarło do mnie, jak niejednoznaczna jest ta opowieść. Przeczytałam ponownie książkę, obejrzałam serial i wciąż, myślę, że zamysł był dobry, gorzej z całą resztą. Do tego dodam jeszcze, że mój nastrój jest ostatnio kiepski, a ten serial dawał mi gratisowe poczucie, że wszystko jest do dupy. Nie jestem przekonana, czy to tak miało zadziałać.

Co innego z serialem Everything sucks!. Tę historię pokochałam całkowicie. Szkoła, klimat lat dziewięćdziesiątych, wątki muzyczno-filmowe, świetni bohaterowie… Rozpływam się. Scena z alternatywnym teledyskiem do Wonderwall – aaaaaaa, cudo. Wiem, że bardzo rzetelnie opisuję to, co widziałam, ale mam bardzo emocjonalny stosunek do tej produkcji. Polecam osobom, które lubią rzeczy, o których wspomniałam powyżej. Czekam na kolejny sezon, oby pojawił się jak najprędzej.





Muzycznie… Zacznijmy od tego, czego fenomenu nie rozumiem.

Cenię twórczość Taco Hemingwaya, serio. Do pewnego momentu historie, które opowiadał miały sens, a bity Rumaka pięknie je dopełniały. Potem pojawił się Szprycer, którego największą wadą, oprócz nieszczęsnego autotuna, jest pustka semantyczna. Te kawałki są puste, jak puste stało się widocznie życie Filipa.

Wtem, pojawia się Soma w duecie z panem Quebo, w którego twórczość nie potrafię się zagłębić. Tytuł obiecuje wiele, intro mówi coś o edukacji młodych pokoleń. Okeeeej. Nie wiem, co panowie chcą przekazać młodzieży. Czy ktoś się z tym utożsamia? Nie mam pojęcia, bo nie każdy jest młodym, bogatym raperem, będącym na fali. Bo o tym w większości są te teksty. Hajs, hajs, hajs, kiedyś to było, teraz jestem bogaty. No i biedny Quebo żali się, co trochę, że dziewczyna go zostawiła. Cóż. Da się tego posłuchać i pewnie czasem będę to robić, ale… ale. Ta produkcja nie przejdzie do mojej historii.

Coś z innej bajki, czyli płyty Bitaminy. Nie rozumiem klasyfikowania twórczości tej grupy, jako rap, ale ok. Są echa reggae, jest alternatywnie. Nie wiem, do kogo mogłabym porównać ich brzmienie. Wiem, że nostalgiczne teksty, zarówno z Placu zabaw, jak i Kawalerki, bardzo mnie poruszają, oryginalne aranżacje intrygują, wokal momentami bawi. Ciekawi mnie rozwój grupy, czekam na więcej.




I w końcu coś, za czym tęsknie. Tak bardzo chcę do Straszęcina! Witek Muzyk Ulicy. Ciekawy człowiek z ciekawą historią i fają płytą, do której często wracałam w kwietniu. Lato, wolność i zabawa – tym jest dla mnie muzyka Witka. Mam nadzieję, że załapię się jeszcze kiedyś na jakiś jego koncert.

Tak było w kwietniu, te wydarzenia życiowe i kulturalne zapamiętałam najbardziej. Co przyniesie maj? Okaże się za miesiąc.

Zostań ze mną na dłużej :)


Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Copyright © 2016 Skrzypek z poddasza , Blogger