05:07

Muzyczne oczarowania, filmowe wyścigi, żywy prezent i targi, których nie było – marzec'18 w pigułce #3


Marzec, jak to zwykle bywa, okazał się miesiącem trudnym. Nie wiem, dlaczego tak jest – moment przejścia między zimą i wiosną zawsze taki jest. Dzieje się dużo niespodziewanych i niepotrzebnych rzeczy, do tego mam urodziny, które też są dla mnie specyficznym czasem. Tym razem akurat było trochę inaczej…




Urodziny nie były tak ponure, jak to zwykle bywa, dostałam wiele wyjątkowo trafnych życzeń i… prezent w ludzkiej postaci. Zupełnie niespodziewanie w moich drzwiach pojawiła się Moja Droga K. – może fakt, że ktoś niespodziewanie przychodzi do mnie z życzeniami w dniu urodzin, nie byłby dziwny, ale! K. mieszka w Bremen, ja w Gdańsku. Przykro mi, że tak jest, ale przyjazd w urodziny był dla mnie najlepszą niespodzianką kiedykolwiek. I tym samym najlepszymi urodzinami od lat.

Zostając w temacie urodzinowych – dostałam kilka fajnych gadżetów plastycznych i troszkę sobie podziałałam. Brushpeny są fajniejsze niż akwarele, ołówkami o różnych grubościach można tworzyć cuda, a ja, chociaż mistrzem plastycznym nigdy nie będę, przypomniałam sobie, jak szkicowanie, malowanie czy inne tego typu rzeczy mnie uspokajają i cieszą. Polecam.


koteł

Tak się złożyło, że tegoroczne Oscary wypadły w marcu. Wyjątkowo udało mi się obejrzeć wszystkie filmy z głównej kategorii. Najbardziej kibicowałam Trzem bilbordom za Ebbing, Missouri (perfekcyjne kreacje aktorskie, ciekawa fabuła), na drugim miejscu były dla mnie Tamte dni, tamte noce (powolna akcja, temat dorastania i włoskie plenery – mój klimat w 100%), na trzecim – ostateczny zwycięzca Kształt Wody (atmosfera przypominająca Amelię i romans międzygatunkowy zawsze spoko). Gdybym miała szeregować filmy dalej… Lady Bird i Nić widmo na równi (chociaż z większą sympatią do tego pierwszego), potem Czas mroku i Dunkierka (w którą kompletnie nie potrafiłam się wgryźć…), Czwarta władza i na ostatnim miejscu Uciekaj!, którego fenomenu zupełnie nie rozumiem. Film jest ok, ale cóż w nim wyjątkowego? Przeczytałam i obejrzałam wiele recenzji osób, które się nim zachwycały, niestety, żadna nie zmieniła mojej perspektywy. Bywa.




Tegoroczna jubileuszowa gala była tak zachowawcza, że aż nudna. Prawdopodobnie za rok nie będę z niej pamiętała niczego, z wyjątkiem przemowy Francis McDormand. Szkoda.

W marcu obejrzałam serial Strike (na podstawie serii powieści o Cormoranie Stirku Roberta Galbraitha, czy raczej J. K. Rowling). Szukałam daty premiery czwartej części (bo serio, ile lat można czekać?!) i trafiłam na serial. Moim zdaniem twórcom udało oddać się atmosferę książek, z tym wyjątkiem, że główny bohater był zbyt sympatyczny, w porównaniu do pierwowzoru. To prosta historia detektywistyczna i w sumie… tyle. Polecam fanom oryginału i mini seriali.  




W marcu odbyły się pierwsze Gdańskie Targi Książki, na których… nie byłam. Tak bardzo na nie czkałam, bo już od kilku lat próbuję dotrzeć na Warszawskie albo Krakowskie Targi i jakoś się to nie udaje, a tu proszę! Pierwsze targi w moim mieście, a ja siedziałam chora w domu. Nie mogę odżałować.

W marcu oczywiście przeczytałam parę rzeczy, wspomnę o dwóch. W końcu sięgnęłam po reportaże Justyny Kopińskiej Polska odwraca oczy. Jedne angażowały bardzo od pierwszych stron, inne zupełnie nie (o ile można w ogóle w takich kategoriach oceniać historie, które wydarzyły się naprawdę). Warto poznać, chociaż polecam raczej osobom o mocnych nerwach, bo ok, ludzie są różni, tragedie się dzieją, ale nie sądziłam, że polskie prawo działa aż tak źle. Straszne, bo tak naprawdę nie za bardzo wiadomo, co z tym fantem zrobić. Totalnie nie potrafię zrozumieć, dlaczego ktoś, komu udowodniono gwałt, dostaje wyrok w zawieszeniu i dalej pracuje sobie w służbie zdrowia (!). Cóż czynisz Mój Piękny Kraju?

Drugą książką, o której Wam krótko opowiem, jest Raczej szczęśliwy, niż nie Adama Silvery. Przeczytałam ją z ciekawości, słyszałam tyle zachwytów na jej temat, że postanowiłam przekonać się, o co tyle hałasu. I, jak to zwykle bywa w moim przypadku, całkowicie się rozczarowałam. Temat może jest oryginalny, bo w książce pojawiają się motywy kliniki usuwania pamięci i poszukiwania tożsamości seksualnej. W teorii – brzmi ciekawie, w praktyce – wynudziłam się bardzo. I nie wiem, czy wynika to, że to jednak książka skierowana do młodzieży, czy chodzi o to, że problemy dotykające głównego bohatera zupełnie mnie nie dotyczą, nie wiem. Ale wiem, że jeśli chodzi o język, przestoje fabularne i dobór punktów ciężkości całej opowieści, jest kiepsko. Rzadko nudzę się, czytając, a tutaj miałam ochotę pomijać wieeeele fragmentów. Język? Maksymalnie prosty. Wielkie zwroty akcji? Owszem, coś tam się zmienia, ale ja żadnego szoku nie przeżyłam. Więc nie wiem. Moim zdaniem można zajrzeć, ale nie trzeba. Podejrzewam, że w społeczności Booktube w podsumowaniach roku zobaczycie tę książkę wiele razy. Dlaczego? Nie mam pojęcia. Może proszek holi dodawany do paczek recenzenckich był zaczarowany i zmieniał percepcję.

Na koniec, tradycyjnie najważniejsze – muzyka.

W marcu wróciłam do dyskografii O. N. A. i dosyć zabawnie się tego słucha. Zasłuchiwałam się w tych płytach jakieś dziesięć lat temu, zwłaszcza w Pieprzu i Mroku. Trochę się zastanawiam dlaczego, bo większość wątków poruszanych przez Chylińską nie była mi specjalnie bliska, bo ani nie miałam aspiracji na bycie suką, nigdy nie interesował mnie seks dla sportu, szczególnie mroczną nastolatką też nie byłam. Mimo tego O. N. A. było i wciąż jest mi bliskie w jakiś sposób, chociaż teraz słyszę w tych płytach sporo niewykorzystanego potencjału. Lubię to brzmienie, lubię ten klimat, cenię Chylińską za jej  barwę i możliwości Odkryłam na nowo sporo utworów, polecam zwłaszcza tych, które nie były singlami.

From The Fires zespołu Greta Van Fleet. O tej grupie mogłabym napisać sporo i może kiedyś to zrobię, tymczasem, krótko. Tak, zespół bardzo mocno inspirujący się brzmieniem Led Zeppelin ma rację bytu. Tak, cieszę się, że pojawili się dwudziestolatkowie, którzy postanowili grać właśnie w taki sposób. Kibicuję im bardzo, czekam na nowe utwory i pełnowymiarową płytę. Poza za tym wydaje mi się, że Josh Kiszka ma większe możliwości od Roberta Planta i… ciekawszą barwę. Tak tylko mówię. Jeśli wszystko będzie szło w dobrym kierunku – godni następcy się szykują, mówię, Wam.




Na koniec, koncert Studia Accantus w Filharmonii Bałtyckiej. To też historia na zupełnie inny wpis, ale krótko – jeśli lubicie musicale i filmy Disneya, to koncert obowiązkowy. Doskonale brzmiące wokale, świetne aranżacje, mnóstwo wzruszeń i wiele pozytywnych emocji. Występy warte każdej złotówki, coś cudownego.

Zostań ze mną na dłużej :)

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Copyright © 2016 Skrzypek z poddasza , Blogger