Luty
rozpoczęłam szkoleniem z pierwszej pomocy, w ramach kursu na prawo jazdy.
Zrobiło mi się słabo na widok samej kukły do ćwiczeń, nie chcę sobie wyobrażać,
jak byłoby przy prawdziwym wypadku. Dlatego, proszę, nie róbcie sobie przy mnie
krzywdy, bo nie wiem, czy nie trzeba by było ratować mnie. Przy okazji –
poznałam kulisy pracy w pogotowiu i zasady funkcjonowania numerów służb
ratunkowych. I powiem tak, jeśli nie musicie, to nie korzystajcie z nich.
Generalnie nie polecam wypadków.
Zupełnie
niespodziewanie wygrałam kurs związany z moją (huehue) karierą zawodową. Ciągle
nie mogę w to uwierzyć, bo w tym momencie na pewno bym w niego nie
zainwestowała (to koszt prawie tysiąca złotych) i… aaaa, tak się cieszę, że mi
się udało. Idąc za ciosem, zaczęłam też inny kurs, bardziej bezpośrednio
związany z moim zarabianiem. Wiem, że piszę bardzo naokoło, ale nie chcę
jeszcze zdradzać, o co chodzi. Może kiedyś napiszę więcej.
W
końcu, po kilku latach, udało mi się dotrzeć na Festiwal Pizzy w Pizza Hut. Dla
niewtajemniczonych – zabawa polega na tym, że płacisz raz i możesz siedzieć w
pizzerii kilka godzin, próbując przeróżnych smaków i rodzajów pizzy. Super
sprawa, chociaż powiem szczerze, że nie wykorzystałam tego festiwalu w pełni.
Spróbowałam tylko pięciu smaków i wciąż czuję niedosyt – trzeba nadrobić za
rok.
Właściwie
nie ma o czym mówić, ale w lutym były Walentynki. Nie wiedzieć czemu święto
wzbudza wiele skrajnych emocji. Ja, chociaż jestem sama, lubię ten dzień i
zawsze, chociaż symbolicznie je obchodzę. Tym razem średnio to wyszło, może
przez Środę Popielcową? Tej akurat szczególnie nie obchodzę, ale zawsze tego
dnia mam w domu śledzie w śmietanie, więc zjadłam śledzie i czekoladowe
serduszka, a większość dnia przespałam (#świętowaniepełnąparą). A! Kupiłam
sobie winyl z Krainy Lodu. Uznajmy więc, że mimo wszystko świętowanie się
udało.
W
końcu udało mi się wrócić do regularnego oglądania filmów. Nawet sobie nie
wyobrażacie, jak bardzo mi tego brakowało! W lutym królowały u mnie nominacje
oscarowe. Moim faworytem były Trzy
bilboardy za Ebbing, Missouri. Intrygujący i oryginalny film, który bardzo
wszystkim polecam. Na drugim miejscu są dla mnie Tamte dni, tamte noce. Historia pewnego romansu w tematyce LGBTQ+. Orientacja
bohaterów nie jest jednak ważna, to po prostu piękna historia miłosna. To jeden
z tych filmów, w których niby nic się nie dzieje, a treść wyłapuje się między
kadrami. Uwielbiam takie kino. Mój numer trzy (jak się okazało, film zwycięski)
Kształt Wody. Sporo baśnowości,
tajemnicza istota, język migowy i miłość ponad podziałami. Dla mnie wygrywa
kadrami, ścieżką dźwiękową i atmosferą kojarzącą się z filmem Amelia. Ale nie spodziewałabym się, że
zgarnie główną statuetkę. Niezbadane są wyroki Akademii. O pozostałych
nominacjach w osobnym wpisie albo podsumowaniu marca.
Kupiłam
sporo naklejek do mojego nie-Bullet-Journala. Powinnam dać sobie szlaban na
takie zakupy, ale to jest takieee piękne! Wcale się na mnie dziwnie nie
patrzyli w sklepie, ani trochę.
Luty
to też Igrzyska Olimpijskie. Nie śledziłam tej imprezy jakoś aktywnie, ale tak
pomyślałam, że warto cieszyć się z sukcesów Polaków. Złoty medal, Kamil Stoch,
brawo, brawo.
Jak
już o zwycięstwach mowa… Mój stosunek do programów typu talent show jest
ambiwalentny i staje się taki jeszcze bardziej, kiedy w grę wchodzą dziecięce
talenty. Ale zwyciężczyni The Voice Kids,
zrobiła na mnie tak duże wrażenie, że postanowiłam o niej wspomnieć. Nie wiem,
jak potoczą się losy Roksany Węgiel, ale mam nadzieję, że zajmie się nią, ktoś,
kto nie zniszczy jej psychiki i nie zaprzepaści jej talentu. Trzymam kciuki.
Z
lutowych książek najbardziej zapamiętałam dwie. Pudełko z guzikami Gwendy Stephena Kinga i Richarda Charzmara.
Wyobrażacie sobie pudełko, dzięki któremu możecie przejąć kontrolę nad światem?
Coś takiego właśnie wpadło w ręce tytułowej bohaterki. To prosta i krótka, ale
wciągająca historia. Na coraz krótsze zimowe wieczory albo bezsenne noce.
Druga
pozycja to Extensa Jacka Dukaja. Znów
bardzo krótka książka, ale tym razem bardzo wymagająca. Nie potrafiłam czytać
jej ciągiem i dawkowałam sobie po kilkanaście stron. Niesamowita atmosfera,
balansowanie między rzeczywistością a światem fantastycznym i spora dawka
sentymentalizmu. Pod niektórymi względami przypominała mi Rdzę Jakuba Małeckiego, z tą różnicą, że wymagała większego
skupienia i była mniej realistyczna. Ale znów – przeczytałam coś, co totalnie
trafiło w mój gust. Nie mogę się doczekać innych książek Dukaja, na mojej półce
czeka Lód, ale ta lektura będzie
wymagała ogromu czasu i uwagi, których nie jestem teraz w stanie
wygospodarować. Nie mogę się doczekać. Extensa
była dla mnie jednym wielkim cytatem i fragmentem wartym zapamiętania. Będę
wracać na pewno.
Najważniejsze
na koniec, czyli muzyczny luty.
Nowy
album Lao Che – Wiedza o Społeczeństwie.
Po singlu Nie raj, obawiałam się tej
płyty. I wciąż nie do końca wiem co o niej myśleć. Obiektywnie, to bardzo dobre
wydawnictwo. Teksty Spiętego, jak zawsze w punkt, muzycznie jest różnorodnie,
ale jakoś tak… za lekko? Wiem, że to celowy zabieg zespołu, wiem też, że do płyty
będę wracać, ale na razie nie potrafię się zachwycić.
Nigdy
nie sądziłam, że tak pokocham jakąś audycję radiową, ale stało się. Jeśli
zastanawiacie się, jak spędzam piątkowe wieczory, to najczęściej przy
radioodbiorniku (jak staro się poczułam, używając tego słowa!). Na
początek, tradycyjnie od lat, Lista Przebojów Trójki, a potem… Zalef Zgiełku Krzysztofa Zalewskiego.
Mam sporo sympatii do Krzyśka, jako muzyka, ale jako radiowca po prostu go
uwielbiam! Pewnie to dla mnie mało rozwojowe, bo nasz świeżo upieczony
radiowiec, wybiera piosenki, które zazwyczaj bardzo dobrze znam i takie, które
idealnie trafiają w mój gust. W ciągu tej jednej godziny w tygodniu nie
zastanawiam się czego słuchać, ktoś wybiera piosenki za mnie i wybiera perfekcyjnie.
Od Queens of the Stone Age, Arctic Monkeys do Davida Bowie czy Queen… Całość
dopełniają jego komentarze i wspomnienia, każda audycja ma swój temat. Piątek,
godzina 22, Program Trzeci Polskiego Radia, polecam, z całego przepełnionego
cudowną muzyką, serduszka. Krzysztofie, nastrajasz mnie cudownie na cały
tydzień.
Last
but not least. Koncert Ralpha Kamińskiego w Starym Maneżu. Zbieram się do
napisania pełnej relacji, bo ten koncert… Bywam na wielu koncertach, coraz
rzadziej coś mnie zaskakuje, a ten występ zaskoczył mnie pod każdym względem i
w stu procentach zaspokoił mój artystyczny głód. A muszę zaznaczyć, że nie
widziałam Ralpha po raz pierwszy. Muszę napisać więcej, bo… muszę. Nie zdziwię
się, jeśli okaże się, że był to najlepszy koncert tego roku.
I
tak minął mi luty. Jaki okaże się marzec? Dowiecie się w kolejnym podsumowaniu.
Zostań ze mną na dłużej :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz