04:45

Wieczne porządki, niepowtarzalne koncerty, twórcze wyzwania, książkowe zdrady i powroty – listopad'17 w pigułce #11

Sprzątanie, sprzątanie i jeszcze raz sprzątanie. W życiu nie czułam się tak fizycznie zapracowana. A wiem, że wciąż nie skończyłam wszystkiego. Nie polecam. Mimo wszechobecnego chaosu, kulturalnie, miesiąc okazał się bardzo udany.



Przy okazji porządków znalazłam swoje wypracowanie, pisane na początku liceum (dziewięć lat temu?) o najważniejszych zespołach. Wiadomo, teraz napisałabym wszystko inaczej, pewnie nie potrafiłabym zamknąć tekstu w trzech akapitach, ale korzenie to korzenie. Zastanawiam się, czy nie wrzucić tego tekstu na bloga, to fajny kawałek mojej muzycznej historii.

Sprzątanie umilał mi serial Gifted. Naznaczeni. Mam wrażenie, że przeszedł bez echa, pewnie dlatego, że oferta serialowa jest przeogromna, a Netflix na dobre przejął dowodzenie. Ja ciągle jestem na serialowym poboczu, nie siedzę też mocno w tematach superbohaterskich, a ta produkcja mnie wciągnęła i pozytywnie zaskoczyła. A o serialu dowiedziałam się z reklamy. Czekam na drugi sezon.

W listopadzie zapętlałam nową wersję Kataszy Hey. To dla mnie jeden z najważniejszych utworów Hey, obie wersje kupuję totalnie. Moim zdaniem idealnie byłoby je zremiksować. Jeszcze nikt nie zaśpiewał tego tak, jak ja to słyszę, może kiedyś mi się uda.



Listopad to dwa świetne koncerty. Archive po raz trzeci. Nie wiem, jak to jest, ale są zespoły, które grają tak różnorodnie, że każdy kolejny występ, może stać się zupełnie nowym doświadczeniem. Mimo tego, że widziałam zespół trzeci raz, w tym drugi raz w tym roku, nie potrafię porównać tych koncertów do siebie. Każdy był wyjątkowy. Ten w B90 o wiele bardziej przypomniał mi klimatem Massive Attack. Niby melancholijnie, trochę się tego bałam, bo zupełnie nie miałam na to nastroju. Na szczęście dostałam sporo pozytywnej energii i świetną imprezę.




Drugi to spontaniczny wypad z Dosią na koncert Julii Marcell w Klubie Żak. To, że Julka potrafi czarować, nie jest dla mnie żadną tajemnicą. Tym razem nie wiedziałam czego się spodziewać, bo artystka występowała bez tradycyjnego składu, a wyłącznie z Mandy Ping-Pong i Gosią Dryjańską. Może się powtarzam i plotę bez sensu, ale to było niemalże mistyczne doświadczenie. Połączenie trzech zupełnie różnych energii, wokali i odmiennych umiejętności. Przekrój utworów od albumu June do Proxy, covery Boba Dylana i Fiony Apple… Cudowności. Chciałabym móc sobie odtwarzać ten występ w przyszłości, szkoda, że umysł nie ma funkcji nagrywania.

W listopadzie zaczęłyśmy z Tellą przygodę z decoupage. Uwielbiam robić plastyczne i około plastyczne rzeczy, ostatnio bardzo mi tego brakuje, więc decoupage był strzałem w dziesiątkę. Szkoda, że materiały sporo kosztują, ale poza tym – świetna zabawa. Spędziłyśmy przy tym kilkanaście godzin, a wciąż mam niedosyt. Przy okazji, jeśli szukacie kulinarnych inspiracji, polecam bloga Telli – Marciowym Smakiem (ale nie zaglądajcie, tam, kiedy jesteście głodni, zawsze popełniam ten błąd).



Wróciłam też do kilku książek. Był Forrest Gump, którego czytałam w podstawówce (wciąż wygrywa film), był Mały Książę, którego fenomenu ciągle nie do końca rozumiem. 

Przeczytałam też książkę Idealny Rok – ciepła, optymistyczna historia, z trudnym tematem w tle. Niby nic wyjątkowego, ale myślę, że to jedna z obyczajówek, które najbardziej trafiły do mnie w tym roku.




W listopadzie zaczęłam okres próbny w Legimi i... Przepadłam. Znów przeczytałam sporo rzeczy około poradnikowych i sporo książek śmieciowych, ale wkręciłam się na maksa. Przekonali mnie tak bardzo, że zdecydowałam się na abonament z czytnikiem. Do niedawna broniłam się przed elektronicznymi książkami i zarzekałam się, że nigdy żadnych czytników. Teraz InkBook jest moim wiernym towarzyszem. Ale więcej o tym innym razem.    


Zostań ze mną na dłużej :)



Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Copyright © 2016 Skrzypek z poddasza , Blogger