05:53

Przedświąteczny Kraków, muzyczne cuda, wieczne sprzątanie, wzruszenia niekontrolowane, wizyta w SPA i kolejny ślub? – Grudzień '18 w pigułce #12


Uwielbiam grudzień. To taki ciepły miesiąc, ciepły mentalnie. Ten był specyficzny, ale wszystko w tym roku takie jest, więc chyba bez zaskoczeń?





Bardzo chciałam jechać na koncert Paula McCartney'a, bardzo, bardzo, bardzo. Oczywiście nie zdążyłam z kupnem biletu w podstawowej turze i dwa tygodnie przed koncertem uderzył mnie fakt, że zwyczajnie muszę coś wymyślić i pojechać, bo sobie nie daruję, jeśli mnie tam nie będzie. Podliczyłam ostatnie oszczędności i zaczęłam obserwować aukcje. Strasznie nie lubię bawić się w kupowanie przez pośredników, zwłaszcza tych imiennych, więc miałam spore opory. Ale cuda się zdarzają i... Akurat tego dnia, kiedy miałam kupić bilet od przypadkowej osoby, Live Nation rzucił ostatnią pulę biletów. Co prawda na trybunach, co prawda trochę z tyłu, ale... to naprawdę nie było istotne. Koncert był idealny. Paul przeuroczy. Beatlemania żywa. Nie wierzę, że to wydarzyło się naprawdę.

Idealnie się złożyło, bo koncert odbywał się w Krakowie, a Kraków przed świętami jest moim najulubieńszym miejscem na świecie. Pochodziłam po krętych uliczkach, odwiedziłam ulubione księgarnie, nacieszyłam się jarmarkiem świątecznym. I tylko żałowałam, że nie mogę zostać dłużej.

W Krakowie odwiedziłam też Kino pod Baranami, żeby obejrzeć Narodziny Gwiazdy. Poczułam, że to właśnie jest idealne miejsce na ten seans. Po pierwsze – chcę takie kino bliżej. Klimatyczne, przytulne, w starym stylu. Nie wiem, jak można się masowo pozbywać się kin studyjnych, toż to zbrodnia kulturalna najwyższej wagi. Po drugie i ostatnie – byłam przekonana, że muszę obejrzeć ten film od pierwszego zwiastuna. Pierwszy raz zobaczyłam go latem, przed jakimś seansem i oprócz tego, że od razu wzruszył mnie totalnie, to nie mogłam przestać o nim myśleć przez kilka tygodni. Jasne, produkcja ta ma sporo wad, jest bardzo prosta, przewidywalna i schematyczna, ale zupełnie nie przeszkadza mi to w kochaniu jej całym sercem. Bardzo proszę o Oscary dla Gagi, Coopera i Shallow. Gdybym nie znała Bradleya Coopera pomyślałabym, że jest zawodowym muzykiem. Dlatego proszę też o płytę i trasę, bo bardzo możliwe, że ktoś tu się minął z powołaniem. Paradoksalnie, w Narodzinach Gwiazdy najbardziej rozczarował mnie soundtrack jako całość. Dodam jeszcze, że przepłakałam większość filmu, płakałam, chodząc po ulicach Krakowa i płakałam w hostelu. Trochę się obawiałam, że nie zdążę się ogarnąć do koncertu, ale udało się. Jestem więc umiarkowania niezrównoważona.



I... już nie mogę się doczekać kolejnej samotnej wyprawy do Krakowa. Mam ogromną słabość do tego miasta, chociaż myślę, że nie mogłabym tam zostać na zawsze. Czekam na maj, może wtedy się wybiorę. Zresztą... każdy moment jest dobry.

Z filmów polecam Wam też Długi Semestr – dokument o syryjskich kobietach. Uświadomił mi jak ograniczone jest moje spojrzenie na tę kulturę i jak mało na jej temat wiem. Myślę, że niestety większość Europejczyków patrzy na ludzi z krajów arabskich w bardzo prosty, konkretny sposób, a... jest to wyłącznie jedna strona medalu i nie wszyscy są tam konserwatywnymi muzułmanami. Polecam więc dokument i poszerzanie horyzontów, tak w ogóle.



W grudniu swoją działalność zakończyły Domowe Melodie. Cóż za strata! Nie ma i nie będzie drugiego takiego zespołu. Grając proste utwory, prosto z serca stali się fenomenem i zapisali swoją krótką, ale bardzo ważną kartę w historii polskiej muzyki. Na pożegnanie Jucho napisała Nutny Pamiętnik – przepiękny album, zawierający teksy piosenek zespołu, nuty i akordy oraz – to, co najważniejsze – historie powstawania piosenek i pamiątkowe zdjęcia zespołu. Szalenie wzruszająca rzecz i piękna pamiątka. Szkoda tylko, że na płycie dodanej do książki, znalazła się tylko jedna piosenka. Smuteczek.

Najlepszą książką grudnia są dla mnie Małe Ogniska Celeste Ng. W dużym skrócie – jest to historia matki i córki, które próbują zadomowić się w małej, zamkniętej społeczności, której częścią stały się za sprawą przeprowadzki.



Na koniec trochę prywaty. Byłam w SPA. Szczerze mówiąc, to jedno z ostatnich miejsc, o których marzyłam. Nie mój klimat, po prostu. Ale kiedy odbywa się tam coś na kształt wieczoru panieńskiego jednej z twoich najbliższych osób, musisz jechać i już. Doświadczenie było na pewno interesujące, ale wiem, że nie chciałabym tego powtarzać jakoś super często. O ile rzeczywiście sauna jest czymś, co moje ciało lubi, tak masaż wykonywany przez kogoś obcego... mam mieszane uczucia. Niby miło, jak ciało ma szansę trochę się odprężyć, ale... kurde. Jak miłe, sympatyczne i profesjonalne nie byłyby masażystki (a były, bardzo), to moja głowa nie może się w pełni zrelaksować i zaakceptować faktu, że ciała dotyka ktoś przypadkowy. No niestety. Może kiedyś zasłużę sobie na prywatnego masażystę, tymczasem muszę obejść się smakiem. Cóż.



Ostatnie dni roku, to w końcu ślub Karolajny i Konrada. Ach, jak te dzieci szybko dorastają! Chociaż było naprawdę przemiło, mam nadzieję, że to koniec ze ślubami, weselami innymi cyrkami, na dłuższy czas. Patrzenie na ludzi w związkach wykańcza mnie emocjonalnie i naprawdę nie potrzebuje tego więcej. A Państwu Młodym życzę słodkiego miłego życia. Szkoda tylko, że życia w Niemczech. Ech.

Rok zakończyłam wierszami Herberta i Sylwestrem w domu z rodzinką. Wracamy do klasyki, ale mimo mojej ogromnej niechęci do tego święta, nie było aż tak strasznie. Do zobaczenia w 2019!

Zostań ze mną na dłużej :)



Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Copyright © 2016 Skrzypek z poddasza , Blogger