04:20

Powrót do Straszęcina odsłona trzecia. Czad Festiwal 2017 #1


Wróciłam do Straszęcina. Znowu. I nie wyobrażam sobie, że mógłby to być ostatni raz. Co tym razem zaserwował uczestnikom Czad Festiwal?

  
Zmiany, zmiany, zmiany…


Bilety z moim Braciszkiem kupiliśmy z pierwszej promocyjnej puli, kiedy nie było wiadomo, jakich koncertów można się spodziewać. Cena z pierwszej puli była prawię o połowę mniejsza, niż ta z ostatniej, więc ryzyko mogło się opłacić.

Uznałam, że opłaciło się, kiedy ogłoszono występ grupy Billy Talent. Na zeszłoroczny koncert nie dojechałam, a tu proszę, jedna moich z gimnazjalnych muzycznych słabości w Straszęcinie. Czasem warto poczekać.

Reszta gwiazd… Cóż. Bywało lepiej. The Offspring widziałam już dwa razy, Alestorm dwa lata temu zrobił na mnie bardzo pozytywne wrażenie, ale żeby od razu wracać do ich koncertu? Reszta światowych zespołów była dla mnie albo znana i umiarkowanie interesująca, albo zupełnie anonimowa. Polski skład też nie porywał, chociaż pojawiło się kilka bardziej rozpoznawalnych nazwisk. Ale ok, posłuchamy, zobaczymy.

Znaczącą zmianą w doborze artystów było pojawienie się reprezentantów sceny EDM. Mniej metalu i reggae, sporo muzyki klubowej. Nigdy nie była to moja muzyka, ale może akurat? Miłośniczką tanecznych rypanek raczej nie zostanę, ale przyzwyczaiłam się, że Czad jest imprezą, która lubi eksperymenty i nie boi się abstrakcyjnych mieszanek gatunkowych. Punk i dance?  Dlaczego nie. O tym, czy takie cuda się opłacają, za chwilę.

 

Po długiej nieprzespanej nocy dotarliśmy do Dębicy. Tu krótka dygresja o PKP – super, że połączenie Gdynie-Przemyśl wróciło, ale dwa wagony na takiej trasie, serio? W sezonie wakacyjnym? Plus błędne oznaczenia na gdańskim dworcu (Zakopane ewidentnie nie jest Przemyślem). Temat na zupełnie inny wpis (albo kilka), cytując pana Pawła z naszego przedziału – wesoło jest. Albo pani Basi – obłęd i horror. Pozdrowienia dla tej uroczej pary, która dzieliła z nami trudy podróży.

Na pole namiotowe dostaliśmy się bez kolejki (było po 6 rano, więc może nic dziwnego) i (tu już zaskoczenie) bez nadmiernego przeszukiwania bagaży. Panie i Panowie Hektorowie (dla niewtajemniczonych – Hektor jest agencją ochrony, zajmującą się bezpieczeństwem na festiwalu) w tym roku naprawdę mili i wyluzowani. Czyżby organizatorzy wzięli sobie do serc krytykę uczestników?

Pole namiotowe zmieniło swoje położenie. Czy to plus, czy nie, nie jestem w stanie zdecydować. Plusem było na pewno to, że część terenu pola była bardziej zacieniona od poprzednich, więc udało nam się wybrać przyzwoitą miejscówkę pod płotem. Minusem była na pewno odległość do pryszniców i normalnych toalet – znajdowały się poza obrębem pola, więc kawałeczek trzeba było przejść. Ale dało się przeżyć, a fakt, że wciąż za 5 zł. można bez ograniczeń czasowych korzystać z gorącego prysznica, bywa naprawdę zbawienny.  




Kolejna zmiana – nowe sceny. Piąta edycja, pięć dni, pięć scen – super idea, ale w praktyce trochę śmiesznie to wyglądało. Trudno traktować jako scenę Silent Disco, które nowością na Czadzie przecież nie było. Ciężko poważnie myśleć o Scenie Akustycznej, która większość czasu stała pusta. Duża i Mała Scena bez większych rewolucji, zaskoczeniem natomiast była dla mnie Scena Namiotowa. Też uważam, że nie w pełni wykorzystano jej możliwości (proszę o więcej koncertów następnym razem!), ale samo jej wykonanie – super. Open’er powinien brać przykład, bo drewniana podłoga naprawdę wiele daje. Błoto po kostki w Gdyni w tym roku mocno zepsuło mi kilka koncertów, a taki parkiet załatwia sprawę i poprawia komfort.

Koniec ogólników, czas na koncerty!


Dzień 1

Środowe koncerty otworzyli Acid Drinkers na małej scenie (w tym roku Monster Stage). Co można powiedzieć o ich koncercie? Panowie niezmiennie rozwalają system, a Titus, jak to Titus… Jego bliżej nieokreślony akcent niezmiennie mnie rozczula i nigdy nie wiem, w jakim języku mówi. Występ był świetnym rozpoczęciem interesującego dnia.




Szybka zmiana dekoracji i Witek Muzyk Ulicy, który występował tego dnia jeszcze dwa razy (nie rozumiem tego zabiegu, ale ok). Mimo niewielkiej przestrzeni pod sceną publiczność bawiła się przednio, a Witek grał, jak pięknie określił mój Braciszek – muzykę weselną dla metali. Nie, żeby jego granie miało coś wspólnego ze sceną metalową, ale to, co działo się pod sceną, wyglądało właśnie jak takie subkulturowe przyjęcie weselne. Super, super. 



Zebrahead – bardzo pozytywne zaskoczenie. Jeżdżąc na festiwale, uświadomiłam sobie jak wiele istnieje takich około punkowych zespolików i żal mi ich trochę, bo ciężko się wybić i robić w tej dziedzinie coś wyjątkowego. Zebrahead ma niesamowitą energię, charyzmatycznych muzyków i urozmaicone brzmienie. Nie powiem, że będę wspominała ten koncert latami, ale zapamiętam zespół jako dobry. No i motyw z nurkowaniem w tłumie na pontonie przez jednego z muzyków… Przednia zabawa.




Gwiazda wieczoru, czyli Nocny Kochanek. Serio, serio. Chociaż powiem szczerze, że po tym, co działo się na ich koncercie na Woodstocku (tylu ludzi wyśpiewujących wszystkie teksty, i tylu ludzi pod Woodstockowi sceną w ogóle, jeszcze nie widziałam) byłam odrobinę zawiedziona. Bo tutaj, chociaż na polu namiotowym bez przerwy ktoś śpiewał albo puszczał ich utwory (NK jako najpopularniejsza grupa pól namiotowych lata 2017), to frekwencja na koncercie była raczej średnia. Ale to dotyczy całego festiwalu, więc może dlatego. Kolejny dobry koncert Nocnego Kochanka za mną, ale mam jedno poważne zastrzeżenie. Dlaczego przestaliście grać Łatwa nie była, od kiedy kupiłam sobie koszulkę? Składam reklamację, zwłaszcza że słyszałam kawałek na porannej próbie… Jeszcze jedna taka akcja i przestaję przychodzić na koncerty. Słyszeliście Panowie?




Bastille popularna grupa mająca prawdopodobnie ściągnąć tłumy fanów i zrobić wielkie show. Czy się udało? Nie wiem, do mnie to nie trafia. Nic nie mam do zespołu, niezobowiązująca muzyczka, można przyjść, posłuchać i… zapomnieć. Nie dotrwaliśmy do końca, nie usłyszeliśmy największego hitu. Nie czuję żalu, będę żyć dalej.




Dubioza Kolektiv nam umknęła, ale dotarliśmy na Billy Talent. A nie specjalnie się nam chciało, bo był to chłodny i deszczowy wieczór. Ale było warto. Przyznam, że szału nie było, ale zawodu też nie. Grupa oddaje klimat płyt na żywo, a nawet daje coś więcej, co nie zawsze jest takie oczywiste. Zaskoczył mnie wizerunek Bena, bo pewnie nie poznałabym go przez ten śmieszny zarost, ale ok – wszyscy się starzejemy. Były przemowy polityczne, była próba mówienia po polsku (chociaż trochę szkoda, że szanowny wokalista pół-Polak zna tylko trzy słowa na krzyż). Całość na plus. Cieszę się, że byłam, ale raczej nie będę marzyć o powtórce. Chociaż płyty chętnie sobie odświeżę.



Dwa koncerty zakończeniowe i dylemat. Anti-Flag chciałam zobaczyć w zeszłym roku na czeskim festiwalu Rock For People, ale koncert… przespałam. Czułam się w obowiązku zobaczyć chociaż trochę. Na innej scenie grał Hunter, którego koncerty zawsze dobrze wspominam… Najpierw wpadliśmy do namiotu na Anti-Flag i… nie wytrzymaliśmy długo. Punk, punk, punk, nie żeby było to zaskoczeniem, ale właśnie – zaskoczenia zabrakło, a tego jednak w minimalnym stopniu oczekuję od takich zespołów. Hunter, jak to Hunter. Tym razem zmroził mnie ich występ (nie tylko dlatego, że robiło się coraz zimniej). Ale… Atmosfera była tak gęsta, że czułam niepokój, a może nawet lęk, co nieczęsto mi się zdarza.



Tym akcentem skończył się dzień pierwszy i padliśmy na pyszczki w naszym namiotowym apartamencie.


Dzień 2

Kolejny dzień zapowiadał się dość spokojne, żeby nie powiedzieć… nudno. I faktycznie był to dla nas dzień krótki, ale z dobrą polską obsadą. Już od rana krążyły informacje o godzinowych zmianach koncertów, na szczęście zmianach o tyle dobrych, że dało się zobaczyć więcej zespołów.

Kiedy Braciszek robi nam "wspólne" zdjęcie"...

Koncerty otwierał zespół Diversity, polska grupa grająca rocka w oldschoolowym klimacie. Niby fajnie, dobrze się bawiliśmy, ale z bliżej nieokreślonych przyczyn wokalista mnie irytował. I nie chodzi o sposób śpiewania, irytował ot, tak. Czasem tak mam i tego nie przeskoczę. Ale! Grupa ma jeden cudownie charakterystyczny element – gitarzystę, który maksymalnie przykuwa uwagę, nie tyle grą, chociaż umiejętności jemu nie brakuje, a choreografią. Był niczym Angus Young z AC/DC,  ciężko było oderwać wzrok, serio.



Kolejny koncert i Czesław Śpiewa. Lubię Czesława i jego muzykę, pierwszy raz miałam okazję, zobaczyć go na żywo. Zaskoczył mnie ten koncert, znów, nie muzycznie, a tym, co działo się między utworami. Mini przemowy po każdej piosence, o imigracji i emigracji, mniejszościach i wszystkim innym, co boli Czesia. Jest patriotą, wrócił, ale dlaczego coraz mniej osób pojawia się na koncertach? Dlaczego ma tylko jeden hit, a większość osób i tak zapamięta go wyłącznie jako Olafa z Krainy lodu? Trochę to było śmieszne, trochę smutne. Bo, jakby nie było, mówił samą prawdę.




Powrót do przeszłości i Lady Pank akustycznie. Drugi raz na Czadzie. Czego by się o nich nie mówiło, ja na ich koncertach czuję się świetnie i bawię tak samo, także polecam wszystkim sentymentalnym. Ponadczasowe piosenki, ciekawe wizualizacje… Wszyscy znają teksty, więc problemy techniczne w postaci psującego się nagłośnienia, nie są problemami. Co tam się działo… Ale więcej na ten temat może powiedzieć mój Braciszek, który nurkował w tłumie.




Nie wiem, kto był gwiazdą wieczoru, ale załóżmy, że One Ok Rock. Pop-rockowy, japoński boys band, którego koncertu zupełnie nie pamiętam. Bynajmniej nie dlatego, że bawiłam się tak cudownie. W takich chwilach zawsze myślę sobie, że jestem już za stara na takie zespoliki, ale później przypominam sobie, że wymuskani chłopcy w przyciasnych spodenkach nigdy nie byli z mojego świata. Były piski, był szał, więc chyba sprostali oczekiwaniom fanów. Ja nie będę się zagłębiała w ich twórczość.




Koncert, na który czekałam i którego się obawiałam. Uwielbiam osobowość Chylińskiej, mam ogromny sentyment do płyt O.N.A. i czasów, w których ich słuchałam, ale… Wiadomo, że to, co robi teraz, nijak się ma do jej muzycznej przeszłości. I całkowicie to rozumiem, bo po obejrzeniu dziesiątek wywiadów i śledzeniu wokalistki wiele lat, mam poczucie, że nigdy nie chciała grać ciężkiej muzyki. Tak, z różnych przyczyn, wyszło. Album Forever Child zupełnie do mnie nie trafił, nie mówię, że jest zły, ale miks dubstepu, gitar i krzyczących wokali to zupełnie nie mój klimat, więc nie miałam pojęcia, czego spodziewać się na żywo.



Zaczęło się specyficznie, bo właśnie od tych nowych utworów. Niektórzy się bawili, ale większość rozglądała się skonsternowana. Po kilku piosenkach wokalistka rozpoczęła część hitowo-wspominkową. Muzyka, muzyką, ale komentarze między piosenkami… Dystans i poczucie humoru, chociaż właściwie sama prawda. To piosenka o chłopaku, który nie chciał ze mną chodzić w liceum, mam nadzieję, że masz brzydką żonę [chwila namysłu] brzydszą ode mnie oczywiście. Takich smaczków było mnóstwo, można było się pośmiać, wzruszyć. O koncercie i samej Chylińskiej pewnie mogłabym stworzyć osobny wpis, może kiedyś. Bardzo lubię jej osobowość i wokal, ale mimo tego, że ma męża, trójkę dzieci i stabilne życie, wciąż odbieram ją jako pogubioną osobę… Tak czy inaczej – love, love imienniczko.




Dosłownie chwilka na koncercie (czy to dobre słowo?) Kshmr. Chciałam dać szansę EDM, chciałam bardzo. Ale nic na siłę, nie da się lubić wszystkiego, a dowiedziałam się, że w moim ewentualnym piekle będzie grane nie tylko disco polo. Tym samym odpuściliśmy występy artystów takich jak Steve Aoki i Brooks. Chciałabym powiedzieć, że żałuję, ale nie. Z namiotu słyszałam aż nadto.  

Wybitnie polski dzień zakończył się koncertem Armii. Zaskakująco pełny namiot, zaskakująco wielu zwolenników. Mocne brzmienie, wyrazisty przekaz, po prostu dobre granie. Polecam.




Relacja się rozrasta, więc resztę możecie przeczytać w części drugiej.

Zostań ze mną na dłużej :)


Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Copyright © 2016 Skrzypek z poddasza , Blogger