04:28

Odkrycia, przeżycia i The Offspring po raz kolejny – Czad Festiwal 2017 #2


Przed Wami druga część najdłuższego (?) i najbardziej różnorodnego polskiego festiwalu muzycznego – Czad Festiwalu. Resztę czadowych wspomnień i koncertów znajdziecie w poprzednim wpisie.


Dzień 3

Trzeciego dnia całe pole namiotowe szykowało się na koncert Łydki Grubasa. Szykowaliśmy się i my, ale ponieważ zarówno mój braciszek, jak i ja, jesteśmy mistrzami organizacji, nie wyszliśmy z namiotu na czas. Bo trzeba coś zjeść, przebrać się, zrobić milion szalenie istotnych rzeczy… Tym sposobem w drodze pod małą scenę trafiliśmy do sceny namiotowej. Tam, z wiadomych przyczyn, pustki. Ale ładnie grali, więc musieliśmy się zatrzymać. Po jednym kawałku stwierdziłam, że trochę głupio wychodzić, bo pod sceną było niespełna dwadzieścia osób (liczyłam!), przestrzeni mnóstwo, a zespół zaangażowany w granie, więc szkoda im to robić.




To spóźnienie było przeznaczeniem, bo koncert Sayes okazał się jednym z najlepszych (jeśli nie najlepszym) na całym festiwalu. Specyficzny wokal, liryczne teksty i melodie, klimat na 200%. Panowie oprócz tego, że są doskonałymi instrumentalistami (granie na melodyce albo smyczkiem na gitarze – super efekt), to dają z siebie tyle, że można się poczuć jak na koncercie światowej grupy. Stałam pod barierką, więc zapominałam, że jest nas tak mało. Czułam się jak w wielotysięcznym tłumie, na koncercie wielkiego zespołu. Sayes grał nie tak, jakby grał dla dwudziestu osób, a dla dwudziestu tysięcy. Ogromne zaskoczenie, życzę rozwoju kariery. Po koncercie chcieliśmy kupić płytę, ale nie wiem, czy komuś udało się spotkać grupę, nam nie. Przesłuchałam ich studyjne nagrania i niestety zupełnie nie oddają tego, co zdarzyło się na scenie w Straszęcinie. Wiem, że był to pierwszy występ grupy na tego typu festiwalu, mam nadzieję, że nie ostatni. I że następnym razem dostaną taką godzinę koncertu, żeby nikt nie zabrał im publiczności.


Dotarliśmy na końcówkę Łydki Grubasa i żałuję, że organizatorzy nie ułożyli tego inaczej. Akurat tego dnia nie miałam nastroju na taką muzykę, ale to, co zobaczyłam, zaskoczyło mnie zdecydowanie na plus. Liczę na to, że kiedyś zobaczę zespół w pełnym wymiarze i napiszę coś więcej.



Dalej, duża scena i Epica.  Z symfonicznym metalem mam podobnie jak z punkiem (chociaż ten drugi jest mi znacznie bliższy) – zespoły tego typu wydają mi się bardzo podobne i muszą mieć jakiś wyjątkowy pierwiastek, żebym mogła je rozróżnić. Oprócz Within Temptation nie słucham raczej takiej muzyki (z tym, czy zespół faktycznie jest wyjątkowy, można polemizować), a Epica... cóż. Naprawdę mi się podobało, chociaż jestem przekonana, że podobałoby mi się jeszcze bardziej, gdyby grupa wystąpiła po zmroku, jednak ciężko o odpowiedni klimat w pełnym słońcu. Bardzo pozytywna, utalentowana wokalista plus bonus, którego zupełnie się nie spodziewałam – klawiszowiec, który podbiegł do barierki tuż obok mnie... i burza w mojej głowie – powinnam go dotknąć? Trzeźwo uznałam, że zwykle nie mam potrzeby dotykania obcych osób, więc zrezygnowałam, ale moment zabawny i tak.




Z koncertu De Łindows niewiele pamiętam, najzabawniejszy moment – element choreografii publiczności, którego nazwy nie znam. Pozytywnie.   

Blind Guardian – koncert był i się zmył. Czy go zapamiętam? Wątpię. Już trudno mi przywołać jakieś konkrety z tego występu. Byłam, zobaczyłam, tyle. Nieźle, ale bez rewelacji.

Big Cyc, czyli w końcu znajome twarze. Miałam wrażenie, że na ten koncert przybyło najwięcej osób. Czułam się jak podczas podróży w czasie od przedszkola, kiedy to na balu przebierańców królował Makumba, przez utwór Każdy facet to świnia, który nagrywałyśmy z dziewczynami w gimnazjum na dzień chłopaka (serio?!), do piosenek Dres czy Moherowe berety. Podczas Świata według Kiepskich czy Ballady o Smutnym Skinie wśród publiczności czuło się niesamowitą jedność. Śmiesznie być Polakiem, śmiesznie być człowiekiem.



Uwaga, uwaga. The Offspring przyjechali. Znowu. Jeeej. Gdyby nie oni, pewnie nigdy nie trafiłabym na festiwal w Straszęcinie. Tym razem nie czułam w powietrzu tego radosnego oczekiwania, które można było zauważyć dwa lata temu. W końcu teraz przyjechali na bisy, bo pięćdziesiąt minut koncertu takiego zespołu, to jednak nie za dużo.


Co mogę powiedzieć? Bawiłam się bardzo dobrze, ale moim zdaniem panowie grają już wyłącznie dla hajsu. Owszem, starali się bardziej, ale nie czuję, żeby była w tym autentyczna radość z grania, ot, chałturka, jakich wiele. Strasznie szkoda, bo ich muzyka to ważny kawałek mojego życia, a po tych trzech koncertach, które miałam okazję zobaczyć, jest mi jakoś żal, że wygląda to, jak wygląda. Może powinni odpuścić sobie koncerty na parę lat (jeśli nie w ogóle)? Może Dexter wolałby poświęcić się tylko karierze naukowej? Z drugiej strony, koncert w Czechach był obiektywnie o wiele lepszy od tych, które widziałam w Polsce... Nie wiem, nie wiem. Coś na pewno powinno się zmienić. Koncert w Straszęcinie znów był ostatnim na trasie, więc może też mają dosyć... Naprawdę nie wiem, ale przykro mi trochę.




Nie potrafię powiedzieć, czy fakt, że Noodles nie mógł jechać w trasę, miało znaczenie dla całości występu – po prostu miałam świadomość, że go nie ma. Dexter mógł się bardziej wykazać rozmawianiem z publicznością. Nie wiem, czy to złudzenie, ale miałam wrażenie, że zespół gra wolniej i niżej, w stosunku do studyjnych wersji utworów. Fajnie, że znów ich zobaczyłam, ale już czas na przerwę. Muszę zatęsknić.

Dzień 4

Na dobry początek Beyond The Black. Symfoniczny metal z Niemiec z żeńskim wokalem. Grupa miała to szczęście, że występowała w namiocie – od razu kilka punktów więcej do atmosfery.



Sonata Arctica – kolejny zespół, o którym coś tam kiedyś słyszałam, ale to tyle. Wokalista o stylówie Michała Wiśniewskiego jakoś zupełnie nie pasował mi do reszty zespołu.    

Trzynasta w Samo Południe. Zespół widziałam po raz drugi, to wciąż dobre rockowe granie, chociaż nie jestem pewna, czy Panom się już trochę nie znudziło muzykowanie.

Alestorm, czyli to, co piraci lubią najbardziej. Kolejny powrót i kolejny świetny występ, chociaż rzeczywiście na dłuższą metę ich muzyka jest monotonna. Ale zabawa przednia.



Totentanz na zakończenie dnia. Niestety widziałam tylko fragment występu, ale myślę, że warto byłoby się kiedyś lepiej przyjrzeć ich twórczości. Musiałam jednak wracać do namiotu, straciłam kontakt z Braciszkiem, który w połowie koncertu Alestorm kiepsko się poczuł. Szukanie namiotu bez latarki i sprawnego telefonu – bezcenne doświadczenie. Trochę żal było nam koncertu Vavamuffin, ale totalnie odpadliśmy i po 23 już spaliśmy. Tak się imprezuje na festiwalach.

Dzień 5

Pięć dni to jednak trochę za długo. Spokojnie można byłoby skompresować Line-up i zorganizować krótszy, ale bardziej intensywny festiwal. Tak tylko mówię.

Namiot nie wytrzymał ciśnienia.

Na początek Jolly Jackers. Folkowa-punkowa grupa, która swoim występem prawie rozniosła namiot. Mnóstwo pozytywnych emocji, tańca i wiórów lecących z drewnianego parkietu. Wow.



Firkin kontynuował imprezę rozpoczętą przez Jolly Jackers. Niesamowite, że piątego dnia ktokolwiek był jeszcze w stanie się ruszyć. Energia płynąca ze sceny po prostu nie pozwalała tego nie robić.

Power of Trinity zaskoczył zdecydowanie na plus. Miło.



Prawdopodobnie gwiazda wieczoru – Kensington. Przyznam, że nie miałam pojęcia, kto to jest i co to gra, okazało się, że panowie prezentują miłe, pop-rockowe piosenki, które aż się proszą o wielkie stadiony i tysiące sikających nastolatek pod sceną. Brzmieniowo skojarzyli mi się trochę z Kings of Leon, ale koncert KoL, na którym byłam kilka lat temu, był najnudniejszym koncertem, w jakim kiedykolwiek uczestniczyłam. Tu było bardzo w porządku. Nie do końca mój klimat, nie do końca moja muzyka, ale bawiłam się całkiem dobrze. No i tani chwyt, który działa idealnie – strzelające serpentyny. Biegałam i zbierałam je spod nóg ludzi, a resztę wieczoru byłam przystrojona, jak bożonarodzeniowa choinka.



Na koniec – Coma. Fanką nie jestem, ale kilka koncertów z Roguckim w roli głównej widziałam. Ten był najbardziej kameralny i najmniej przebojowy. Szału nie było, dramatu też nie. Najbardziej w głowie utkwiła mi Taksówka   wprowadzała w taki trans, że do dziś ją słyszę.



Ostatnim punktem programu na naszej festiwalowej mapie (oprócz rundki Jagera) było Silent Disco. Nigdy nie mogłam znaleźć siły i czasu na taniec w słuchawkach i – w końcu! – się udało. Zabawne uczucie, chociaż przydałaby się bardziej urozmaicona muzyka.

I tym sposobem dotrwaliśmy do końca. Kolejny Czad Festiwal za nami, boję się, że to już ostatni. Wciąż wiele rzeczy można byłoby usprawnić, wciąż jest to malutki festiwal, a organizatorzy ciągle eksperymentują z docelową grupą odbiorców. Wiem, że wielu osobom to przeszkadza, ale mnie zupełnie nie. Właśnie ta swojskość, niewielka publiczność i uczucie, że jest się na końcu świata, sprawiły, że Czad Festiwal stał się moim koncertowym punktem obowiązkowym, a Straszęcin ulubionym miejscem. Tam jestem spokojna, tam, czuję, że żyję. Życzę każdemu, żeby znalazł takie miejsce dla siebie.


Zostań ze mną na dłużej :)



Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Copyright © 2016 Skrzypek z poddasza , Blogger