05:35

Koncertów wiele, ślub i zamknięcie kina – sierpień '18 w pigułce


Kiedy myślałam o sierpniu, wydawało mi się, że to taki miesiąc, w którym nic się nie działo. Pewnie dlatego, że sierpień, odkąd pamiętam, był dla mnie miesiącem dłuższych wyjazdów,  w ostatnich latach także Czad Festiwalu. Wyjazdu nie było, festiwalu nie było, a mimo to działo się bardzo dużo. Zwłaszcza koncertowo.





Zaczęło się dosyć tradycyjnie, bo od Woodstocku. Co prawda każdy z moich Woodstoków, to zupełnie inna historia, a ten już na wstępie zaczął się od sporej zmiany, bo zmiany nazwy. Pol’n’Rock Festival. Może kiedyś się przyzwyczaję, póki co Woodstock pozostaje dla mnie Woodstockiem. Mam nadzieję, że przyszłoroczna edycja mimo wszystko się odbędzie.

Tym razem wybrałyśmy się same z Dosią, wybierając BlaBlaCar (pozdrowienia dla chłopaków – Piotrek, Kamil – mam nadzieję, że rozkręcicie zespół i jeszcze o Was usłyszymy).

Lokalizacja naszego obozowiska okazała się najlepsza ze wszystkich dotychczasowych, a samo towarzystwo obozowe… Powiem Wam, że to dosyć zabawne znaleźć się w gronie samych (przyszłych) lekarzy. Ja wiem, że to, co dzieje się w Kostrzynie, w Kostrzynie pozostaje i ludzie są najczęściej swoimi najmniej oficjalnymi wersjami, ale… Mam nadzieję, że nie będę miała okazji spotkać się z żadnym z Panów w służbowych warunkach. Chociaż oczywiście życzę wszystkiego najlepszego w rozwoju karier medycznych.




Co do samego festiwalu… Było gorąco, było wesoło, było dobrze, zaskakująco dobrze. Koncertowo może bez większych muzycznych przeżyć, ale też w porządku. You Me At Six – pozytywne zaskoczenie, bo chociaż studyjnie to raczej mało odkrywcze granie, to koncert bardzo dobrze zagrany i pełen pozytywnej energii. Mój drogi Krzysiu Zalewski, w najlepszej formie, jaką dotychczas miałam okazję zobaczyć. Mam wrażenie, że scena kostrzyńska go wyzwoliła, bo nie cenzurował swoich komentarzy politycznych i generalnie był bardziej zbuntowany, niż zazwyczaj. Z naturą nie wygrasz, nawet jak obetniesz włosy. Długo oczekiwany przeze mnie Judas Prist niestety rozczarował. Może stałam w złym miejscu, może to zbieg okoliczności, może… ale po raz kolejny utwierdziłam się w przekonaniu, że nagłośnienie woodstockowe średnio daje sobie radę z cięższymi brzmieniami. Występ niezbyt satysfakcjonujący. Co innego mogę powiedzieć o Nocnym Kochanku. Jedynym zespołem, który może mnie wprawić w lepszy nastrój niż NK jest Kabanos. Amen. Co do koncertu, gdyby pominąć fakt, że przez pierwszą połowę próbowałam znaleźć Fugiego, mojego kuzyna (jak można oznaczać dwie różne strefy w ten sam sposób, no jak?) było wesoło, niesamowicie energetycznie i szaleńczo. Zwłaszcza kiedy do moich dzikich harców dołączyli Hania z Mateuszem (mam nadzieję, że dobrze zapamiętałam imiona) – przesympatyczna para z Wrocławia, z którą bawiłam się tak dobrze, jak chyba jeszcze nigdy z nikim. Serio. Niestety znajomość zakończyła się równie szybko, co się zaczęła, ale nieistotne. Bardzo Wam dziękuję, bo serio – sprawiliście, że koncert ten zapamiętam jeszcze lepiej.

Z Woodstocku trzeba było wracać trochę wcześniej, żeby spokojnie zdążyć na jeden z bardziej oczekiwanych przeze mnie koncertów w tym roku, czyli koncert Rogera Watersa. Ach… co to był za występ! Zaskoczyła mnie bardzo dobra kondycja muzyka, zaskoczyły mnie efekty wizualne, zaskoczyło mnie to, jak dobrze zabrzmiała ostatnia, bardzo floydowa płyta wokalisty, którą odkryłam na nowo. Niby nie działo się tam nic, o czym bym nie wiedziała, a mimo to koncert okazał się totalnie wyjątkowy. Teraz, oprócz tego, że wciąż marzę o koncercie samego Gilmoura, bardzo chcę zobaczyć obu panów na jednej scenie. I słyszałam, że to wcale nie aż takie niemożliwe, jak może się wydawać.




W sierpniu dotarłam też w końcu na Męskie Granie. W końcu impreza wróciła do Trójmiasta, w końcu udało mi się kupić bilety (co wcale nie było takim łatwym zadaniem). Zaskoczyło mnie to, jak kameralny jest to festiwal. Niewielka scena, niewielka przestrzeń, wielcy artyści. Koncerty odbywają się naprzemiennie na dużej i małej scenie, są też stoiska z gadżetami, płytami i oczywiście gastronomia. Całość imprezy była bardzo ciekawa, ale wspomnę tylko o trzech koncertach. Ralph Kamiński, widziany przeze mnie po raz trzeci, znów utwierdził mnie w przekonaniu, jak niezwykłym artystą jest i jak wielkim muzykiem ma szansę zostać. Nosowska w zupełnie nowej, szalonej odsłonie. Taką elektronikę kocham, przy takiej elektronice mogę się bawić. Cover Hey Boy, Hey Girl The Chemical Brothers, nowe utwory i stare piosenki w nowych aranżacjach… Czad, po prostu czad! Jeśli tak będzie wyglądała kolejna płyta Kasi, ma szansę stać się moją ulubioną. No i w końcu najważniejszy moment wieczoru – występ Męskie Granie Orkiestra. Podsiadło i Zalewski idealnie wymieniają się energią i widać, że mają świetne porozumienie muzyczne. Kortez bardzo dobrze dopełnia chłopaków, chociaż to właśnie ta dwójka zgrywa się najlepiej. Nie wiedzieć czemu, z całego występu, oprócz tegorocznego hymnu – Początku, zapamiętałam przede wszystkim Co tak wyje? Łony i Webbera. Może dlatego, że piosenka ta była dla mnie największym zaskoczeniem wieczoru, a może…




Może dlatego, że Łona i Webber od pewnego czasu mają stałe miejsce w moim muzycznym sercu. Z Drogim Braciszkiem (i Mateuszem, który przepadł nam w tłumie) nie mogliśmy więc odpuścić koncertu na Targu Węglowym. I chociaż darmowe koncerty plenerowe mają swój urok, to jednak nic nie zastąpi tych klubowych i biletowanych.

A dzień później… Razem z licznymi gośćmi, mieliśmy okazję obserwować, jak Marta oficjalnie zostaje przejęta przez Adriana i zaczynają tworzyć nową, najważniejszą komórkę społeczną (tak, wiem, jak debilnie to brzmi, ale nie mogłam się powstrzymać. Nauka definicji nie poszła na marne, jak widać). Wesela nigdy nie będą moim żywiołem, a tym razem, nie chcąc popełnić zeszłorocznego błędu, postanowiłam unikać alkoholu. Jak widać, zdarza się, że wyciągam wnioski ze swoich przygód. Czasami.




Kilka razy w roku dla zwiedzających otwierany jest Zbiornik Wody Stara Orunia. W ciągu roku zwykle jest tam zbyt wiele nietoperzy i żeby nie narażać ich na zbędne stresy, ludzie nie są tam wpuszczani. To niewielkie miejsce, stosunkowo szybkie do zwiedzenia, ale myślę, że warte zobaczenia. Kolejna taka okazja w maju. Dziękuję panu ochroniarzowi za pomoc, w łapaniu nietoperza w kadrze. Łatwo nie było, ale coś tam widać.




W sierpniu trafiła do mnie wiadomość o zamknięciu Cinema City Krewetka. Pomijając fakt, że dopiero co zaczynałam korzystać z karty Unlimited… To kino od początku zajmowało bardzo ważne miejsce w moim życiu. To tam poznałam Harry’ego Pottera, tam bywałam z koleżankami na pierwszych samodzielnych seansach podczas wypadów do Gdańska. Tak się śmiesznie o tym pisze, tak się śmiesznie to wspomina… Tam po raz pierwszy w kinie byli mój Brat i mój Kuzyn, tam byłam na pierwszej randce… Tam spędziłam naprawdę wiele dobrych i złych godzin, uciekając w filmy. Wiem, że ma tam powstać kino innego operatora, ale… Skończyła się dla mnie pewna epoka i piętnastoletni rozdział mojego życia pod tytułem Cinema City Krewetka został zamknięty na zawsze. Przykro mi strasznie. 




Na pożegnanie obejrzałam dwa filmy. Mamma Mia! Here we go again!, na którym byłam z moją mamusią. Było to dnia, w którym dowiedziałam się o zamknięciu, więc nie dosyć, że film ten sam w sobie jest przygnębiający, moje rozklejenie było spotęgowane. A film, mimo że są w nim ogromne nieścisłości w stosunku do pierwszej części, myślę, że dorównuje jej jakością. Brakuje tu trochę energii Meryl Streep, ale wciąż jest to pozycja przy której można dobrze się bawić.



Drugim seansem pożegnalnym był film Krzysiu, gdzie jesteś?, na który poszliśmy z Ciocią i Braciszkiem. Piękna historia, obowiązkowa dla wszystkich fanów Kubusia Puchatka. Dorosły Krzysiu to straszny dupek, tyle Wam powiem. Dobrze, że przyjaciele go nie odrzucili. Tym samym zamknęła się też w moim życiu klamra kompozycyjna – pierwszy seansem był Harry Potter z moją Ciocią, ostatnim Kubuś, też z Ciocią, więc… Jak ktoś kiedyś będzie pisał moją biografię, ma do wykorzystania ładny rozdział.




W sierpniu obejrzałam też dwa seriale. Coś totalnie w moim klimacie, coś, co uwielbiam, czyli drugi sezon Ania, nie Anna. Różnie się o nim mówi, mnie akurat przekonuje taka konwencja.




Druga pozycja, do której obejrzenia sprowokowały mnie natarczywe zwiastuny, czyli The End of The F***ing World. I o ile zwiastun wydał mi się intrygujący, to sam serial strasznie pusty. Czytałam recenzje, wiem, co ludzie w nim widzą, ale ja akurat nie dostrzegłam żadnej z tych rzeczy. Jest niezły i to wszystko. Można sobie darować.





W poszukiwaniu dobrej elektroniki zdecydowałam się posłuchać płyt Natalii Nykiel i... Bardzo mi się te albumy spodobały. Od czasu do czasu mam ochotę na takie brzmienia, a to, co tworzy Natalia, jest naprawdę dobre. Liczę na jakiś koncert niebawem.

Macie czasem tak, że wiecie, o jaką piosenkę Wam chodzi, ale nie możecie sobie przypomnieć jej tytułu, melodii zespołu, niczego? Ja tak mam z kilkoma utworami, jednym z nich jest Narcotic grupy Liquido. Dlaczego tak jest? Nie mam pojęcia. Więc zapisuję ją sobie tutaj, żeby nie zapomnieć. Zwłaszcza że jeden z sierpniowych dni upłynął mi na szukaniu jej.




W sierpniu skończyłam czytać jedną z najlepszych powieści tego roku, a była nią Wielka Samotność Kristin Hannah. O wiele lepsza pozycja niż Słowik – złożona, dopracowana, bardziej wymagająca. Mroźny klimat Alaski, trudne relacje rodzinne i mądra główna bohaterka. Jak najbardziej polecam.




Są takie dni, są takie wieczory, są takie noce, że wszystko wydaje się mieć sens. Czasem na chwilę, czasem na dłużej. Tym razem stało się to na chwilę, ale… Jaka ta chwila była cudowna! Kiedy idziesz do parku w środku nocy, fałszujesz na scenie, a w międzyczasie próbujesz łapać pokemony, życie nabiera trochę innej perspektywy. Dziękuję Braciszku, dziękuję Kuzynie, za ten wieczór i za to, że czasem jesteście całkiem znośni. Oby jak najczęściej.




Był też czas dla rodziny, było sporo nieciekawych wydarzeń w tle, ale na szczęście działo się tyle, że byłam w stanie, chociaż częściowo się wyłączyć.

Zostań ze mną na dłużej :)



Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Copyright © 2016 Skrzypek z poddasza , Blogger