05:21

Kino, pisanie i wypad do Warszawy – czerwiec'18 w pigułce #6



Nie wiem, czy to wynik pierwszych prawdziwie ciepłych dni, corocznego maratonu tworzenia świadectw z Mamusią, częstych wizyt w kinie, mojego krótkiego wypadu do Warszawy, czy po prostu mix wszystkich tych czynników… Nie wiem. Nie wiem i nie muszę wiedzieć. Czerwiec był pierwszym tak spokojnym miesiącem w tym roku.





Całkiem niespodziewanie wylądowałam na urodzinach Tomka i miałam okazję sprawdzić się jako snajper. Laserowy Paitnball nigdy nie był na liście moich marzeń, bo zupełnie nie widzę siebie z bronią, ale muszę przyznać, że było to ciekawe doświadczenie. Szło mi oczywiście fatalnie, a broń, której używałam, z każdym krokiem ciążyła coraz bardziej… Nie zależy mi na tym, żeby bawić się w coś takiego ponownie, ale nie żałuję, że spróbowałam. Co ciekawe, wieczór skończyłam bez podeszwy w nowym bucie. Nie polecam.

Z czerwcowych wycieczek literackich, w głowie utkwiła mi najbardziej A ja żem jej powiedziała… Jest to zbiór felietonów Katarzyny Nosowskiej, który bardzo mocno podzielił odbiorców, z przewagą (mam wrażenie) negatywnych opinii. Mnie przemyślenia Kaśki zawsze bardzo ciekawią i odpowiadają mi, więc – jestem na tak. Nie muszę zgadzać się z każdym słowem, żeby być zadowolona z lektury. Ludzie oburzają się, że jest szczera? Super, że jest, inaczej taka publikacja nie miałaby sensu. Nie chodzi na czarne protesty? Nie rozumie lasek, które wskakują facetom do łóżka po godzinie znajomości, licząc na ślub? Cóż, ja też nie. Czekam na hejt.

Książką, która zawiodła mnie na całej linii i którą również zapamiętam był Hot Mess Lucy Vine. Miała być nowa Bridget Jones, wyszła historia niezrównoważonej psychicznie kobiety, której postępowania ni cholery nie da się zrozumieć. Będzie wpis, bo rzadko coś wywołuje u mnie wylew tylu negatywnych emocji. Szkoda, że treść była, jaka była, bo pozycja zaskakująco dobrze napisana. 

Czerwiec to kino. Pod koniec maja zdecydowałam się w końcu na rozpoczęcie przygody z kartą Cinema City Unlimited. Jaka to była dobra decyzja! Wpadałam do kina w wolnych chwilach, o różnych porach dnia. Kino Krewetka zawsze było mi szczególnie bliskie, w tamtym momencie stało się takie, jeszcze bardziej. Instalowałam się z kocykiem w ulubionym ostatnim rzędzie, żeby odpłynąć w filmowe światy… Super sprawa.

Z moich spontanicznych wypadów najbardziej zapamiętałam Dziedzictwo. Hereditary. Jestem słaba w horrory. Nigdy nie oglądałam ich dużo, bo niewiele do mnie trafia, a co do strachu… cóż. Nie umiem się bać na ‘strasznych’ filmach, rzadko coś na mnie działa. Tutaj – nie było inaczej, ale w filmie tym gra Toni Collette. I uważam, że jej rola jest wystarczającym argumentem, żeby go obejrzeć. A sama fabuła… Mocno pokopana. Dziwna. Na pewno zapadająca w pamięć. Znawcy twierdzą, że to horror roku, ja, że film, który można zobaczyć. Collette miażdży, dla Colette warto.




Muszę też wspomnieć o mniej przypadkowym seansie, czyli Hanie Solo. Nie jest to może wybitna odsłona Gwiezdnych Wojen, ale bardzo polubiłam młodego Hana, a film pozytywnie mnie zaskoczył. Był to też jeden z tych seansów, kiedy w sali było sporo osób, ale jednak większość przyszła sama. Zawsze robi mi się jakoś raźniej w takich momentach. Z drugiej strony, trochę smutne.




W moich słuchawkach królowało Misfits, no i oczywiście Queens of The Stone Age. Prawie zapomniałabym o najważniejszym i najcudowniejszym dniu – wyjeździe na koncert QOTSA. Było… idealnie, po prostu. Wyhasałam się za wszystkie czasy, odkryłam na nowo kilka utworów i przeżyłam naprawdę wspaniały czas. 

Był też oczywiście mundial, spacery, szmery, bajery… Niby zwyczajnie, ale jakoś tak… Spokojniej. Oby tak dalej.

Zostań ze mną na dłużej :)



Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Copyright © 2016 Skrzypek z poddasza , Blogger